6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 11(1)

11


Gdy tylko Catherina weszła do mieszkania, Jacob od razu pojawił się na korytarzu. Oparł się o futrynę drzwi i przez moment patrzył, jak Morgan powoli ściągała kurtkę, a potem buty. Był zaskoczony jej milczeniem. Sądził, że już od progu zacznie wyjaśniać, dlaczego po raz kolejny zepsuła wspólny wieczór, a nie wyglądała, jakby w ogóle zamierzała to zrobić. Wobec tego to on przerwał ciszę.
— Możesz powiedzieć, gdzie byłaś?
— U Colina.
Potem Catia bardzo szybko przemknęła do sypialni, nie patrząc nawet na narzeczonego. Nie chciała, by widział jej podpuchnięte od płaczu oczy.
— U Colina, aha, to świetnie — prychnął zdenerwowany i ruszył za kobietą. — O ile się nie mylę, miałaś jechać poćwiczyć, a potem szybko wrócić do domu. Mieliśmy spędzić ten wieczór razem, zapomniałaś?
Catherina nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jeszcze kilka godzin temu rzeczywiście zamierzała poświęcić resztę dnia tylko i wyłącznie Jacobowi. Jednak potem na jej drodze stanął Sojusznik i zupełnie zapomniała, by poinformować narzeczonego, że nie wszystko będzie tak, jak to sobie zaplanowali.
— Nie zapomniałam. Po prostu coś mi wypadło…
— Coś ci wypadło? — rzucił z niedowierzaniem. — Cholera jasna, znowu coś ci wypadło?
Oparł się o szafę i na moment przymknął oczy, mając nadzieję, że się przesłyszał. Sam nie wiedział, czy jest bardziej zawiedziony, rozżalony, czy wściekły. Poczuł, że narzeczona nie traktuje go poważnie, skoro już nie pierwszy raz pokazuje, że nie zależy jej na wspólnym spędzaniu czasu. Patrzył na jej plecy — bo siedziała do niego tyłem — i zastanawiał się, co przeoczył, co zrobił źle, co zepsuł. Doskonale pamiętał, że na początku ich znajomości Catherina starała się owocnie wykorzystać każdą wolną chwilę. Gdy coś jej wypadało, Jacob dowiadywał się o tym jako pierwszy, a zaraz potem dostawał propozycję jak i kiedy nadrobić ten czas. Teraz czuł, że narzeczona coraz mniej dba o ich związek. Nie rezygnowała z nadgodzin albo dodatkowych służb, nie przekładała wyjść z Colinem na rzecz wspólnie spędzonego czasu, nie dotrzymywała obietnic. Smith miał czasem wrażenie, że tylko on był tym, co Morgan potrafiła odłożyć na potem.
— Prosiłem cię, tłumaczyłem… — kontynuował. — Ja naprawdę mam już dość twoich ciągłych niespodziewanych wyjść. Myślałem, że to zrozumiałaś. Przecież rozmawialiśmy! A ty co? Pojechałaś sobie do Colina... Nie mógł poczekać do jutra? Tak się za nim stęskniłaś?!
— Proszę cię, przestań...
— Co przestań? Co przestań, Catia? Czekałem, martwiłem się! A tu ciągle to samo! Jak ja mam cię traktować poważnie, skoro nie mogę polegać na twoim słowie? A w ogóle to dlaczego nie odbierałaś telefonów?
Nie odpowiedziała. Nie chciała przyznać, że nie zauważyła nawet, że Jacob do niej dzwonił.
Zdenerwowany tym brakiem tłumaczenia Smith przeszedł kilka kroków, stanął przy ścianie wprost przed Catheriną i spojrzał na nią. Miał nadzieję, że uniesie głowę, by ich oczy się spotkały, ale ona uparcie wbijała wzrok w podłogę.
— Nic nie powiesz? Spójrz na mnie.
Nie wykonała polecenia.
— Spójrz na mnie!
Nadal nic nie zrobiła, wobec tego Jacob siłą uniósł jej podbródek. Potem spojrzał w oczy i od razu zauważył, że coś jest nie tak.
— Piłaś — stwierdził. — Piłaś i płakałaś… Co się stało?
Nie odpowiedziała.
— Catia, do cholery, co się stało!? — wrzasnął.
— Nic się nie stało — rzuciła jakby od niechcenia.
— Jak to nic? Przecież widzę! Colin coś ci zrobił?
Morgan zaśmiała się.
— A co Colin mógłby mi zrobić? Nic mi nie zrobił.
— Więc o co chodzi?
— O nic. Naprawdę o nic i przestań drążyć!
Nie zamierzała teraz opowiadać Jacobowi o wszystkim. Czuła, że nie ma siły, by przeżywać to jeszcze raz i po raz kolejny uświadamiać sobie, jak wielkie niebezpieczeństwo na nich czyha. Najpierw chciała ochłonąć, przespać się z nowymi informacjami i dopiero potem postarać się jak najdelikatniej przekazać je narzeczonemu.
— OK, jak chcesz. — Dał za wygraną. Miał już dość tej jednostronnej rozmowy. — Powiedz mi tylko, co z samochodem, bo nie wiem, jak jutro jechać na trening.
— A co ma być?
— Gdzie jest?
— Stoi pod blokiem.
— Jak to pod blokiem? — zdziwił się. — Przecież wyjechałaś nim po południu, a czuję, że piłaś!
Nie odpowiedziała. Zamiast tego ukryła twarz w dłoniach i oparła ręce o kolana.
— Cholera jasna, wsiadłaś do samochodu po alkoholu?! Czy ty kompletnie oszalałaś?! — wrzasnął, po czym złapał się za głowę z niedowierzaniem.
— Uspokój się, nie jestem pijana!
— Tak? — zakpił. — Rozumiem, że takie tłumaczenie cię przekonuje, jak zatrzymasz kogoś na podwójnym gazie?
— Błagam, to nie jest czas na mowy moralizujące! — uniosła głos, machnęła nerwowo rękami i po raz pierwszy podczas tej rozmowy z własnej woli spojrzała na Jacoba.
Był wściekły, widziała to. Wiedziała również, że po raz kolejny go zawiodła, a mimo to nie chciała się przemóc, by powiedzieć mu całą prawdę.
— Nie wiem, co się z tobą dzieje — stwierdził bezsilnie mężczyzna. — Przestaję cię poznawać. Nie mam słów… Po prostu nie mam słów…
Ruszył się z miejsca i skierował do drzwi. Po drodze wziął jeszcze poduszkę z łóżka, czym zasugerował Catii, że dziś będą spali osobno. To sprawiło, że kobieta w pewnym stopniu otrzeźwiała. Do tej pory nawet po najgorszych kłótniach kładli się do łóżka razem. Spanie w dwóch różnych miejscach oznaczałoby, że tym razem sprawa wyglądała naprawdę poważnie, a Catherina nie chciała dopuszczać do siebie takiej myśli. Pragnęła, by choć w tej jednej sferze jej życia było lepiej niż do bani.
— Jake! — zawołała za mężczyzną, po czym poszła do salonu. — Nie kończmy tego dnia w ten sposób!
Nie zareagował. Jak gdyby nigdy nic rozłożył kanapę, a potem zaczął ją ścielić.
— Proszę cię, zostaw to na chwilę…
Udawał, że nie słyszy i celowo lekceważył Catię. Chciał, by poczuła się tak samo jak on, gdy nie odbierała jego telefonów i potem, gdy nie odpowiadała na pytania.
— Wiem, że jesteś zły, wiem, że spieprzyłam sprawę i wiem, że robię to coraz częściej… Nie mogę ci w tym momencie powiedzieć, co się stało, ale obiecuję, że to zrobię. Tylko, że... mam jedną prośbę…
Jacob wyprostował się, po czym odwrócił się do Morgan z niedowierzaniem malującym się na twarzy.
— Ja się chyba przesłyszałem… Wystawiłaś mnie, zawiodłaś i jeszcze mówisz, że masz do mnie prośbę?!
Catia udawała, że tego nie słyszy.
— Wyjedźmy — rzuciła tylko.
Potem patrzyła, jak wyraz twarzy Jacoba ze zdenerwowanego zmienia się w coraz bardziej zaskoczony.
— Słucham?
— Pomyślałam, że moglibyśmy znowu odwiedzić Rio...
Jacob mimowolnie uniósł kąciki ust. Starał się tylko, by nie zrobić tego zbyt widocznie. Doskonale pamiętał, jak cztery lata temu, jeszcze nie jako para, wyjechali na koleżeński weekendowy wypad do Brazylii. Trafili akurat na karnawał w Rio de Janeiro. To właśnie tam, siedząc na plaży w skąpych, świecących strojach, po raz pierwszy wyznali sobie miłość, a potem szybko ją cieleśnie dopełnili. Od tamtej pory to miasto zawsze dobrze im się kojarzyło.
— Co cię tak nagle wzięło na Rio?
— Po prostu chcę wyjechać, odpocząć, pooddychać innym powietrzem. I muszę to zrobić natychmiast.
— Dlaczego natychmiast?
— Bo tego potrzebuję… Proszę cię, zrób to dla mnie. Obiecuję, że wszystko się między nami zmieni.
Podeszła bliżej i czule ujęła twarz Jake’a w dłonie. Nie odrzucił jej bliskości. Patrzył Catii prosto w oczy, starając domyślić się, o co w tym wszystkim chodzi. Bez skutków. Nie umiał rozszyfrować zachowania swojej kobiety. Miał tylko wrażenie, że to nie jest zwykła prośba, a błaganie.
— Proszę cię, Jake, weź jutro tydzień urlopu. Jak nie dadzą ci płatnego, to weź bezpłatny. Kupię bilety, spakuję nas i wieczorem wylecimy.
— Oszalałaś?! Przecież nikt mi nie da tygodniowego urlopu z dnia na dzień!
— Proszę cię, Jake! To dla mnie naprawdę ważne! Zrób to, proszę!
— I co ja powiem dyrektorowi? Jak mu to wyjaśnię? Poza tym to wygląda jak jakaś ucieczka. Powiedz mi prawdę, o co chodzi?!
Mocno złapał ją za dłonie.
— To nie jest ucieczka — skłamała, wyrywając się. — Uznajmy, że to wcześniejsze wakacje. Proszę cię, ja naprawdę potrzebuję chwili oddechu. Miałam naprawdę ciężki czas i jak stąd nie wyjadę, to zwariuję. Zrobisz to dla mnie?
— Nie wiem, może — rzucił niby od niechcenia, ale Morgan wiedziała, że to celowe zagranie z jego strony. — Zastanowię się rano. A teraz się odsuń.
Odwrócił się i wrócił do ścielenia kanapy.
— Może wrócisz ze mną do sypialni? — poprosiła Catia.
— Nie. To, że przemyślę twoją propozycję, nie znaczy jeszcze, że przestałem się na ciebie denerwować.
Ściągnął koszulkę, pozbył się spodenek i w samych bokserkach wsunął się pod kołdrę. Potem rozpuścił średniej długości włosy, które do tej pory miał spięte w kuca, i wyczekująco spojrzał na Catherinę.
— Nie chcę być niegrzeczny, ale muszę rano wstać…
Kobieta kiwnęła głową na znak, że rozumie, po czym zgasiła światło i opuściła salon.
I choć zrobiła dokładnie to, czego chciał Jacob, mężczyzna wcale nie odczuł ulgi. Wręcz przeciwnie — oschłość względem Catheriny wiele go kosztowała. Walczył z samym sobą, by choć ten jeden raz nie ulec jej za szybko i dobitnie pokazać, jak mocno raniła go swoim zachowaniem. Nie wiedział, czy cokolwiek tym osiągnie, ale bardzo szybko zaczął żałować, że nie wrócił z nią do łóżka. Czuł się źle, leżąc samotnie na kanapie i słysząc płacz narzeczonej zza ściany. W pewnej chwili chciał nawet pójść do niej, objąć i zapytać, co tak naprawdę się wydarzyło, ale nie zrobił tego. Wypełniały go złość i tak silne rozżalenie, że nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Zamknął oczy, zakrył twarz kołdrą i udawał, że nie słyszy.
Natomiast Catherina z trudem hamowała się przed wybuchnięciem spazmatycznym atakiem płaczu, który słyszeliby nawet sąsiedzi mieszkający piętro niżej. Starała się tłumić emocje, ale czuła, że tego dnia spadło na nią za dużo. Naprzemiennie myślała o informacjach przekazanych przez Sojusznika, wyznaniu miłosnym Colina i jego słowach, że Oni i tak po niego przyjdą. Bała się i nie umiała udawać, że jest inaczej. Łzy same cisnęły jej się do oczu, gdy myślała, że Bonnetowi albo Jacobowi coś mogłoby się stać. Strach o siebie samą również był wielki, ale to ci dwaj mężczyźni w o wiele większym stopniu zajmowali jej myśli. Zaczęła się zastanawiać, co by zrobiła, gdyby któregoś z nich straciła i wtedy nie umiała już panować nad płaczem. Dobijała się zamiast spróbować zasnąć. Przypominała sobie o wszystkim, co powiedział jej Colin, czuła dotyk jego palców na swoich policzkach i nadal nie dowierzała, że to wydarzyło się naprawdę. Cały ten dzień był dla niej jak najgorszy koszmar, z którego nie potrafiła się obudzić.
Nie chciała być teraz sama. Wiedziała, że Jacob jest na nią wściekły, a mimo to przemknęła na palcach do salonu i położyła się koło niego pod kołdrą. Chciała poczuć, że ktoś przy niej jest i wspiera, nawet jeśli zupełnie nie wie w czym. Usilnie zduszała w sobie płacz i wszelakie dźwięki, które wydobywały się z gardła w jego trakcie. Ze zdziwieniem zauważyła, że to wcale nie było takie trudne. Obecność Jacoba działała na nią niezwykle kojąco, nawet wtedy, gdy siłą tę bliskość wymuszała.
Sądziła, że mężczyzna już śpi i sama starała się zrobić to samo. Była zdziwiona, gdy nagle Jacob objął ją w pasie i przyciągnął bliżej siebie.
— Nie płacz już... — poprosił. — I chodźmy wreszcie spać.
Rzuciła ciche yhym, wtuliła się mocniej w ciało Smitha i modliła, by następny dzień przyniósł więcej rozwiązań niż pytań.
*

Gdy rano otworzyła oczy, Jacoba już nie było. Zostawił tylko kartkę z informacją, że zabrał samochód i pojechał poćwiczyć. Obok niej na stoliku stała szklanka ze świeżym owocowo-warzywnym koktajlem. To wystarczyło, by Catherina wstała z łóżka z uśmiechem na ustach.
Podziwiała charakter Smitha. Wiedziała, że nie zasłużyła na żadne miłe gesty z jego strony, a tym bardziej na śniadanie (prawie) do łóżka. Nie zdziwiłaby się, gdyby mężczyzna nie chciał z nią rozmawiać, a zamiast tego on już z samego rana postanowił przygotować dla niej posiłek. W takich chwilach Catia zastanawiała się, czy naprawdę zasługiwała na jego miłość i oddanie.
Wstała z łóżka, szybko się ubrała, uczesała, jednym duszkiem wypiła koktajl, a brudną szklankę włożyła do zmywarki. Potem prawie wybiegła z mieszkania, by zdążyć na najbliższy pociąg.
Do departamentu gnała niczym burza. Postanowiła najpierw porozmawiać z Cooperem, a dopiero potem pójść do Martineza. Spodziewała się, że przełożony nazwie jej pomysł fanaberią i brakiem odpowiedzialności, ale nie przykładała do tego wagi.
James był w gabinecie sam. Gdy tylko zobaczył Morgan w drzwiach, uśmiechnął się i wskazał jej dłonią, by usiadła.
— Co tam? — zapytał.
— Chcę wziąć urlop — wypaliła bez owijania w bawełnę. — Zaraz idę z tym do Martineza, ale chciałam najpierw pogadać z tobą.
Cooper ściągnął brwi i skrzywił się. Potem zaczął obracać się na fotelu, cały czas nie spuszczając wzroku z Catheriny.
— Urlop? Teraz? Przecież jesteśmy w środku śledztwa. Stało się coś?
— Nie, nic się nie stało — zapewniła z uśmiechem.
— No to o co chodzi?
— Muszę trochę odpocząć. Poza tym za cztery miesiące mam ślub, a nawet nie mam kiedy zająć się organizacją. Do tej pory wszystko było na głowie Jacoba i chcę go wreszcie w czymś wyręczyć — wymyśliła na poczekaniu.
— Nie wiem, czy to przekona Martineza… — skrzywił się Cooper.
— Trudno. Ostatnio siedzę tu po trzynaście godzin dziennie, czasem dłużej. Przyjeżdżam nawet w wolne dni, pracuję na miarę sił, a nie jestem robotem. Muszę odpocząć, bo padam na pysk! — uniosła głos.
Z trudem wypowiadała te słowa. W normalnych okolicznościach nigdy nie przyznałaby, że coś ją przerasta, ale teraz musiała wypaść przekonująco. Musiała też podać jakiekolwiek argumenty, które umożliwiłyby jej osiągnięcie celu.
— Spokojnie, ja cię rozumiem. Ta sprawa jest naprawdę paskudna, mogłaś stracić przy niej siły. Wstawię się za tobą u Martineza.
— Naprawdę? — zapytała radośnie.
Wiedziała, że komendant liczy się ze zdaniem Jamesa i że bardzo go szanuje. Miała nadzieję, że wstawiennictwo kapitana pomoże jej szybko i bezproblemowo załatwić sprawę urlopu.
— Pewnie. Skoczę do niego zaraz. Tylko że będziemy musieli załatwić Bonnetowi jakieś zastępstwo, a to chyba nie będzie łatwe.
— On nie bierze urlopu?
— A czemu miałby brać?
Catherina zawahała się nad odpowiedzią. Szybko pojęła, że nie powinna zadawać takiego pytania. Było dziwne i nieoczywiste, a ona nie chciała, by Cooper domyślił się, że kwestia urlopu ma jakieś drugie dno, w które zamieszany może być też Bonnet. James nie mógł przecież wiedzieć, że Morgan ciągle miała nadzieję, że do Brazylii wyjedzie również z Colinem.
— Tak tylko pytam. Zbliża się okres wakacji, pewnie będzie chciał gdzieś jechać…
Starała się wybrnąć, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że kapitan nie jest przekonany taką odpowiedzią.
— A jeśli już o Bonnecie mowa… — zaczął. — Rozmawiałaś z nim dzisiaj?
— Nie, jeszcze nie.
— Bo wiesz co… dziwna sprawa. Przyjechał tutaj jakoś chwilę przed siódmą, pokręcił się po biurze, zapytał, czy mamy nowe informacje o aucie Muñeza, po czym rzucił, że jedzie na Forest Hill i do tej pory nie wrócił.
Catherina poczuła, jakby jakaś nieznana siła zaczęła nagle skręcać jej żołądek.
— Jak to nie wrócił?
— No normalnie. Nie zdążyłem go nawet zapytać, co kombinuje.
— A dzwoniłeś do niego?
— Pewnie, nawet nie raz, ale nie odbiera.
— Cholera, co on znowu odpierdala… — rzuciła pod nosem Catia, starając się wymyślić na szybko jakiś plan działania.
Czuła, że stało się coś złego. Może po jej wczorajszym wyjściu Colin zajął się myśleniem o sprawie i wpadł na coś, co do tej pory im umykało? Jeśli tak, to mógł postanowić sprawdzić to już z samego rana. To, że prawdopodobnie nadal miał we krwi alkohol, nie zatrzymałoby go przed jazdą samochodem. Skoro pytał o auto Muñeza, a potem wybiegł jak poparzony i udał się na Forest Hill, to musiał odkryć coś ważnego. Morgan nie umiała sobie tego inaczej wytłumaczyć i na pewno nie zamierzała zostawić go samego.
— Jadę tam — zapowiedziała.
— Po co? Spokojnie. Może zaraz wróci, nie przejmuj się… — rzucił.
To zdanie sprawiło, że Catherina zaczęła myśleć zupełnie na odwrót. Bo jak mogłaby się nie przejmować, skoro w grę wchodziło zdrowie i życie jej jedynego przyjaciela? To, że wczoraj wyznał to, co wyznał, nie sprawiło, że zamierzała nagle zacząć traktować go jak powietrze.
— Będę spokojniejsza, jak to sprawdzę. Pójdę tylko do Martineza, a potem od razu jadę na to przeklęte osiedle.
James wstał i oparł się o biurko. Zrobił to w taki sposób, że zasłonił telefon Catheriny, który kilka minut wcześniej położyła na blacie.
— Martinez ma jakieś spotkanie, nie wiadomo, ile mu zejdzie — poinformował. — Zostaw mi to podanie o urlop, załatwię sprawę, a ty leć. W sumie ja też trochę denerwuję się o Colina, zazwyczaj odbierał telefony nawet w środku nocy. Będziesz mnie informować na bieżąco?
— Naprawdę załatwisz to za mnie? — zapytała z niedowierzaniem, ale i ogromną wdzięcznością.
— Spokojnie, wiem, jak gadać ze Starym.
— Jesteś niesamowity! — rzuciła entuzjastycznie Morgan, po czym oddała mu kartkę z podaniem i prawie wybiegła z gabinetu.
Idąc przez korytarz, dokładnie sprawdziła, czy jej broń na pewno ma pełny magazynek, po czym zjechała windą w dół i wsiadła do policyjnego auta. Gdy wyjeżdżała z terenu departamentu, zaczęła się zastanawiać, co zastanie po przyjeździe na Forest Hill. Bardzo dokładnie pamiętała wczorajsze słowa Colina o tym, że to tylko kwestia czasu, kiedy Oni go dopadną. Te myśli nawiedzały ją cały czas, a teraz, gdy wiedziała, że Bonnet postanowił wybrać się w samotną podróż na miejsce zbiorowej masakry, miała coraz gorsze przeczucia.


*


Arthur Green — informatyk śledczy — nie krył irytacji, gdy jego próby połączenia się z Catheriną bądź Colinem po raz kolejny spełzły na niczym. Miał tego dnia ogrom pracy, która nie mogła czekać, dlatego chciał jak najszybciej poinformować ich o swoich najnowszych ustaleniach odnośnie sprawy Forest Hill i przejść wreszcie do innych zajęć. Postanowił zadzwonić do nich jeszcze raz, a gdy i to nie przyniosło efektu, wyszedł ze swojej pracowni i udał się do gabinetu CC. Zapukał, nacisnął klamkę i przeklął głośno, gdy drzwi okazały się zamknięte. Wobec tego udał się do gabinetu Coopera i Longa, choć nie bardzo przepadał za tym duetem. Miał zatarg z Davidem, dlatego starał się go unikać. Teraz jednak nie miał wyjścia.
Już miał wchodzić do środka, kiedy przez uchylone drzwi dobiegły do niego strzępki rozmowy telefonicznej. Przystanął i zaczął nasłuchiwać.
— … dwie pieczenie na jednym ogniu. To więcej niż przewidywała umowa. Będziesz ich miał na Forest Hill za pół godziny. I to jest ostatnie, co dla was robię. Nie! Nie, kurwa, nie! Nie będę na każde zawołanie! Chcieliście Bonneta, a macie Bonneta i Morgan. Bez powodu by urlopu z dnia na dzień nie brała, więc proszę bardzo, sprawa załatwiona! Wyświadczyłem wam przysługę i nic już nie jestem winny!
Artur drgnął, gdy usłyszał, jak James Cooper rzuca telefonem na biurko. Nie chcąc, by kapitan zauważył nieproszonego gościa, jak najszybciej odszedł od drzwi i skierował się do swojego gabinetu. Tam niezwłocznie chwycił do ręki swój telefon i wpisał dobrze znany numer.
Mów. — Usłyszał po drugiej stronie.
— Wiem, kto jest wtyką w Departamencie i wiem, na kogo wydał właśnie wyrok śmierci.
— Ważni?
— Myślę, że tak.
— W takim razie działaj.


_________________

Nie miałam gifu, więc będzie bez gifu. 
Jeśli przeczytałeś/aś rozdział, to bardzo proszę o opinię ;-) A przed nami jeszcze tylko jeden.


Dziękuję Frix ;*

2 komentarze:

  1. Witam witam! Musiałam przeczytać, bo zauważyłam, że coś nowego się pojawiło! Wcześniej (chyba) nie było mowy o tym, że ktoś dowiedział się o wyroku na Colina i Catię, w dodatku, że Cooper jest zdrajcą! A nóż widelec uda się uratować Colina xD
    Tak poza tym, to strasznie mi żal Jacoba, mimo iż od zawsze kibicowałam Catii i Colinowi razem, to jakoś tak...przykro się chłopaka zrobiło. No i szkoda, że Catii nic mu nie wyjaśni ;c
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym, że Cooper był zdrajcą było, bo to on ich wysłał na FH. Ale w tej części ta zdrada wygląda inaczej no i pojawia się motyw tej podsłuchanej rozmowy. A tego rzeczywiście kiedyś nie było :D Niby małe wtrącenie, ale okaże się ważne ;-)

      Dzięki, że wpadłaś!;)

      Usuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!