6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 11(2) - OSTATNI

*

Już po przejechaniu kilku przecznic Catherina zorientowała się, że zapomniała telefonu. Klęła głośno pod nosem i z nerwów zaczęła uderzać dłońmi o kierownicę. Nie chciała wracać do departamentu, by nie tracić czasu. Obawiała się, że Colin może być w niebezpieczeństwie, a wtedy każda sekunda byłaby na wagę złota. Jeśli nie mylił się w swoich wcześniejszych przypuszczeniach i naprawdę ktoś go śledził, to musiał wiedzieć, że porucznik jest teraz sam na opuszczonym osiedlu. Catia nie mogła zwlekać i ryzykować, że nie zdąży na czas. Trudno, telefon musiał na nią poczekać.
Na osiedle przyjechała po pół godzinie i już od pierwszego wejrzenia wiedziała, że coś jest nie w porządku. Nigdzie nie zauważyła ani samochodu Colina, ani radiowozu, którym również mógł przyjechać. Żadnym innym środkiem komunikacji nie zdołałby się tu dostać. Na Forest Hill nie jeździło ani metro, ani autobusy. Jeśli Bonnet tu był, musiał zaparkować samochód gdzieś między drzewami albo z dala od osiedla. Tylko po co?
Minęła domy, w których miesiąc temu rozegrała się tragedia, skręciła autem w boczną dróżkę i dopiero tam z niego wysiadła. Nie chciała, by policyjny radiowóz rzucał się w oczy, choć nie wiedziała nawet, czy ktokolwiek tutaj był. Ubrała kamizelkę kuloodporną, odbezpieczyła broń i zaczęła przesuwać się ostrożnie po lesie. Nie weszła jednak zbyt głęboko, by widzieć dokładnie, co dzieje się na ulicy.
Trwało to kilka minut, w trakcie których nie słyszała nic oprócz szumu liści i śpiewu ptaków. Wtedy zaczęła się zastanawiać, na jakiej podstawie stwierdziła, że Bonnet cały poranek spędził na Forest Hill. To, że wcześniej podobno tu był, wcale nie oznaczało, że został aż do teraz. Mógł utknąć w korku i przez to nie dojechać na komendę albo znajdować się w każdej innej części miasta. Catia pomyślała, że o wiele za szybko wywnioskowała, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Goniła po lesie z kamizelką kuloodporną i bronią, a wyglądało na to, że była tutaj kompletnie sama. Pobieżnie sprawdziła teren, uważnie nasłuchując, czy na pewno nikogo tu nie ma, po czym zaklęła pod nosem i postanowiła wracać do miasta, żeby poszukać Colina chociażby u niego w domu.
Skierowała się do radiowozu i właśnie wtedy usłyszała dźwięk nadjeżdżającego auta.


*

Poranny trening dał Jacobowi do myślenia. Od samego rana nie umiał skupić się na niczym innym niż wspominaniu poprzedniego wieczoru i słów Catheriny. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że prośba o wyjazd była z jej strony błaganiem o pomoc. Nie rozumiał, czemu musiała odejść z Silent Glade natychmiast i co skłoniło ją do podjęcia takiej decyzji, ale czuł, że ma to ścisły związek z jej pracą i ostatnimi nadgodzinami. Był prawie pewny, że ten wyjazd to zwykła ucieczka, tylko nie wiedział jeszcze przed czym. Ostatni puzzel, który idealnie wpasował mu się w tę układankę, dotyczył zachowania kobiety. Zazwyczaj panująca nad emocjami Catia płakała wczoraj tak długo i żałośnie, że Jacob nie potrafił uwierzyć, że nic złego nie działo się w jej życiu. Myślał nad tym cały ranek i postanowił, że weźmie urlop, tak jak go prosiła, a potem za wszelką cenę dowie się prawdy.
Gdy tylko minęła godzina ósma i szef teatru pojawił się w swoim gabinecie, Smith poszedł do niego i poprosił o chwilę rozmowy. Załatwienie kilku dni wolnego nie przyszło mu łatwo, jednak ostatecznie osiągnął swój cel. Zaraz potem wsiadł do samochodu i z piskiem opon ruszył w kierunku Departamentu Policji. Został do niego wpuszczony jako gość i zaprowadzony do gabinetu narzeczonej przez funkcjonariusza. Okazało się, że drzwi są zamknięte.
W takiej sytuacji z pewnością odprowadzono by go wyjścia i zalecono, by przyszedł później, gdyby nie interwencja Jamesa Coopera. Mężczyzna przechodził właśnie korytarzem i zauważył ruch przed gabinetem CC. Nie omieszkał przyjrzeć się tej sprawie z bliska.
— Coś się stało? — zapytał.
— Szukam narzeczonej. Catherina Morgan. Widział ją pan może?
— Ach tak — odparł z uśmiechem Cooper. — Była tu przez chwilę, po czym szybko wyszła.
Jacob nie krył zdziwienia tymi słowami.
— A wie pan dokąd?
— Oj nie, nie zwierzała mi się. Powiedziała tylko, że musi coś załatwić.
— A mówiła coś o urlopie?
— Urlopie? — zdziwił się James. — Nie, nic nie wspominała. A nie może pan do niej zadzwonić?
— Ma wyłączony telefon…
— Oj… — westchnął kapitan. — W takim razie radzę panu wrócić do domu. Jeśli z niego wyszła, to prędzej czy później na pewno wróci. — Silił się na żartobliwy ton. — A teraz przepraszam, muszę wracać do pracy.
— Oczywiście. Bardzo panu dziękuję za informacje!
James podał Jacobowi dłoń, którą tancerz z uśmiechem uścisnął. Potem został skierowany przez policjanta do opuszczenia departamentu.
Idąc długim korytarzem, wypełnionym spieszącymi się funkcjonariuszami, zupełnie nie zauważył, że pewien mężczyzna z uwagą mu się przyglądał. Jacob minął go, wyszedł z budynku, po czym skierował się na parking i wsiadł do samochodu. Wtedy też usłyszał dźwięk swojego telefonu i poczuł, jak wielki ciężar spada mu z serca. Miał nadzieję, że to narzeczona postanowiła z nim wreszcie porozmawiać, ale był w błędzie. Spokój minął, gdy zobaczył na wyświetlaczu telefonu napis numer nieznany.
— Jesteś obserwowany, a ja nie mam dużo czasu, więc słuchaj uważnie. — Usłyszał. — Catherina jest w niebezpieczeństwie i nie mogę wykluczyć, że w tym momencie już nie żyje.
Jacob o mało co nie zsunął się bezwładnie z fotela.
— Masz dwa wyjścia i decyzję musisz podjąć teraz. Albo radzisz sobie sam i robisz, co chcesz, albo zaczynasz z nami współpracować i kompletnie zmieniasz swoje życie.
— Ale ja nic nie rozumiem, o co tutaj chodzi?
— O to chodzi, że Catherina zadarła z niewłaściwymi ludźmi i ktoś, kto polował na nią, teraz będzie chciał, tak dla zasady, wyeliminować również ciebie. Możemy ci pomóc, ale współpraca z nami oznacza dwieście procent zaangażowania w Organizację i zniknięcie dla świata. Jeśli jesteś na to gotowy, zapraszam.
— A co z Catią? Gdzie ona jest?!
— Staramy się pomóc, ale na ten moment jeszcze nic nie wiemy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to może zdołacie się spotkać już u nas.
Jacob zupełnie nie rozumiał, kim są ci Oni, co to za Organizacja i co Catherina może mieć z nimi wspólnego, a mimo to bardzo szybko podjął decyzję o współpracy. Zależało mu tylko na tym, by jak najszybciej zobaczyć narzeczoną. O całej reszcie zamierzał myśleć później.
— Dobra, zgadzam się, co mam robić?
— Jesteś pewny? To decyzja na całe życie.
— Jestem pewny! Chcę wiedzieć, co z Catheriną! Mów mi, do cholery, co mam robić!
— Dobra, słuchaj. Za żadne skarby nie wracaj teraz do mieszkania, bo Oni albo już tam są, albo zaraz będą. Musisz uciekać. Wysiądź z samochodu, wejdź w tłum ludzi, a potem do metra. Nie stój przy drzwiach, tylko wejdź do środka. Wysiądź na stacji 59 Street, pójdź na parking przed galerię handlową i wsiądź do takiego złotego Forda Transita z przyciemnianymi szybami z tyłu. Nie rozglądaj się, nie odwracaj, nie biegnij. Sprawiaj wrażenie pewnego tego, co robisz. Wejdź na tylne siedzenie auta, a potem nasz człowiek już cię dalej pokieruje.
— To nie jest żadna pułapka?
— To jest dla ciebie wybawienie, człowieku, i radzę ci z niego skorzystać.
Potem w głośniku słychać już było tylko pikanie. Jacob drżącymi rękami schował telefon do kieszeni, wysiadł z samochodu, po czym zgodnie z poleceniem skierował się na najbliższą stację metra. Był pewny, że pakuje się w kłopoty, a mimo to ani razu nie obejrzał się za siebie.

*

Gdy Catherina wyjrzała zza drzew, poczuła, że rozumie jeszcze mniej niż do tej pory. Od razu poznała Dodge'a Colina, a potem zobaczyła również Bonneta. Szybko wyszła zza krzaków i skierowała się w jego stronę. Mężczyzna stał na środku ulicy z bronią w ręku i rozglądał się na boki.
— Colin! — krzyknęła do niego i dopiero wtedy porucznik spojrzał w jej kierunku.
Nie krył zaskoczenia, ale też ulgi.
— Catia! — krzyknął, po czym dobiegł do kobiety i zaczął dokładnie oglądać ją z góry na dół. — Nic ci nie jest?
— Nie, a czemu coś miałoby mi być?
— Jak to czemu? Poza tym czy ty do reszty oszalałaś?!
— Ja?! To chyba ty oszalałeś! Co ci strzeliło do głowy, żeby jechać na Forest Hill z samego rana?!
— Że co? — zaśmiał się. — O czym ty mówisz?
— Jak to o czym?! Cooper powiedział, że wpadłeś jak przeciąg do jego gabinetu, wypytywałeś o Muñeza, a potem powiedziałeś, że jedziesz na Forest Hill i ślad po tobie zaginął! Możesz mi to, kurwa, wyjaśnić?!
Oparła ręce na biodrach i spojrzała na niego wyczekująco.
— Że co? — rzucił z niedowierzaniem, a wyraz jego twarzy zaczął zmieniać się w coraz bardziej niespokojny.
Potem przytknął dłoń do ust i obrócił się kilka razy wokół własnej osi. Nagle wszystko zaczęło składać mu się w jedną całość.
— Ten skurwiel nas wystawił… — powiedział, trzęsąc się ze złości. — Ten pierdolony gnój zrobił to celowo!
— O czym ty mówisz? — Nie rozumiała Catherina.
— O tym, że zadzwonił do mnie dwadzieścia minut temu przerażony i powiedział, że przybiegłaś do jego gabinetu, cała roztrzęsiona, poinformowałaś, że coś odkryłaś i że jedziesz na Forest Hill. Podobno prosiłaś, żeby mi o tym nie mówił, bo nie chcesz mnie wpakować w problemy, ale on, jako troskliwy kolega, od razu zadzwonił do mnie, bo się o ciebie martwił. Pierdolony gnój, wiedział, jak mnie podejść! Załatwił nas jak dzieci!
Teraz również Catia nie potrafiła ukryć zdenerwowania. Zrozumiała, że kapitan celowo zagrał na ich uczuciach i sprawił, by w podobnym czasie pojawili się na Forest Hill. Wykorzystał ich przyjaźń, oddanie i fakt, że jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. Domyśliła się również, że jej telefon wcale nie został w gabinecie Coopera przez przypadek. Mężczyzna specjalnie zagadywał ją i odwracał uwagę, by zapomniała o nim, a w efekcie nie mogła zadzwonić do Bonneta i przedwcześnie odkryć pułapki. Catia była zdruzgotana, bo nigdy nie pomyślałaby, że ten z pozoru niegroźny, przyjacielski Glaca może okazać się facetem, który z premedytacją wprowadzi ich w ślepą uliczkę.
— Nie ma czasu, musimy stąd spieprzać — rzucił Colin, po czym złapał Catię za rękę i oboje zaczęli biec kierunku Dodge’a.
Od samochodu dzieliło ich zaledwie kilka jardów, a mimo to nie zdążyli do niego dobiec. Gdy byli mniej więcej w połowie drogi, do ich uszu dotarł charakterystyczny dźwięk ośmiocylindrowego silnika. Colin nie musiał się odwracać, by wiedzieć, co to za auto. Pojemność 6,2 litra, moc 580 koni mechanicznych, cztery końcówki układu wydechowego, zespolone lampy tylne, pięć gwiazdek z zakresu bezpieczeństwa — diabeł wśród aut amerykańskiej motoryzacji, potwór na czterech kołach — Chevrolet Camaro. Zbliżał się do śledczych z taką prędkością, że nie byli w stanie wsiąść do Dodge'a i odjechać. Zdołali jedynie schować się za nim i dzięki temu uniknąć pierwszej kuli, która została wystrzelona w ich stronę. Utknęła w nadkolu Chargera, a śledczy nie mieli już żadnych wątpliwości, po co zostali tu sprowadzeni i o co toczy się gra.
Kierowca Camaro z piskiem opon stanął po przeciwnej stronie drogi, po czym wraz z dwójką innych mężczyzn wysiadł z samochodu i udał się w kierunku auta, za którym kryli się śledczy. CC nie ociągali się z reakcją. Spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami. Nie potrzebowali słów, by rozumieć, co muszą zrobić. Pewnie powstali z pozycji siedzącej i, starając się zachować spokój, oddali po dwa strzały w kierunku bandytów. Jedyne, co mogli teraz zrobić, to z całych sił starać się przeżyć.
Dodge z każdą chwilą przyjmował na siebie coraz więcej pocisków, a na ziemi leżało już kilka pustych magazynków. Wydawało się, jakby przestępcy mieli niekończący się zapas amunicji, natomiast ilość kul posiadanych przez śledczych z każdą chwilą drastycznie się zmniejszała. Mieli wrażenie, że oprawcy w ogóle się ich nie obawiają. Zamiast siedzieć w samochodzie i uważać na latające pociski, stali na środku ulicy i z wielką pewnością siebie ładowali w Chargera kolejne.
Colin był przekonany, że właśnie bezpowrotnie tracił swoje ukochane auto. Miał tylko nadzieję, że nie straci przy tym życia.
W końcu postanowił, że najwyższy czas zacząć naprawdę działać. Wiedział, że to on musi podjąć decyzję, co robić, bo lepiej niż Catherina potrafił panować nad emocjami. Wskazał kobiecie, by starała się niepostrzeżenie odsunąć od auta i ukryć za pobliskim domem. Gdy kolejna seria naboi uderzyła w maskę samochodu, powodując, że uniósł się z niego ciemny dym, Bonnet natychmiast rozkazał partnerce biec. Ogromny huk i wysoka ściana ognia na chwilę przyciągnęły uwagę przestępców, dzięki czemu nie zauważyli uciekających poruczników. Trzaskanie iskier i kolejny wybuch zmroziły krew Catherinie, ale nie przestała biec. Adrenalina dodawała jej sił, dzięki czemu bardzo szybko znalazła się przy ścianie budynku. Przylgnęła do niej, starając się unormować oddech, a Colin odważnie wychylił się, by ocenić ich położenie.
On zachowywał pozorny spokój, ona była coraz bardziej przerażona.
— To się nie uda, Colin! My tu zginiemy, rozumiesz? Zginiemy tu, kurwa!
— Opanuj się! — rozkazał, po czym mocno złapał ją za ramiona i wymusił spojrzenie prosto w oczy. — Wyjdziemy z tego! Nie pozwolę ci umrzeć. Przysięgam, kurwa, na wszystko, że nie pozwolę ci umrzeć! A teraz weź się w garść!
Uwierzyła i w tym momencie dziękowała Bogu, że nie jest tu sama. Choć była doświadczoną policjantką, w takich sytuacjach często ogarniała ją panika. Chciała walczyć, ale nie potrafiła realnie ocenić zagrożenia. Strach pętał jej ciało, blokował myślenie i wtedy to Colin ratował ją z opresji. Brał na siebie odpowiedzialność, przejmował kontrolę, a Catherina po prostu wykonywała jego polecenia. Był nie tylko partnerem, ale i dowódcą.
— Idą tu — szepnęła, słysząc zbliżające się głosy.
— Wiesz, co robić — stwierdził.
Policzył do dwóch, zacisnął zęby, po czym pewnie wychylił się zza budynku i spojrzał na jednego z mężczyzn. Obrał go za cel, strzelił i momentalnie powrócił do poprzedniej pozycji. Choć cały manewr zajął mu zaledwie kilka sekund, cudem zdążył uciec przed kontratakiem. Seria strzałów zatrzymała się na ścianach budynku, a do Colina dotarł jedynie kurz sypiącego się tynku. Gdy porucznik ponownie się wychylił, zobaczył, że jego poprzedni cel leżał nieruchomo na ziemi.
Dwa na dwa.
Catia, podobnie jak Colin, starała się wyłączyć uczucia i wymierzyła w drugiego z mężczyzn, jednak ten poruszył się i trafiła jedynie w ramię. Zaklęła pod nosem i ponowiła próbę. Spudłowała. Potem na dłuższą chwilę straciła możliwość ataku. Przestępcy bombardowali mury seriami strzałów, na które CC nie chcieli się nadziać. Wobec tego Catherina kiwnęła partnerowi, że pobiegnie z drugiej strony, by zmylić wroga atakiem z innego miejsca.
Nie wiedziała nawet, kiedy i skąd pojawił się przed nią jeden z Japończyków. Instynktownie nacisnęła na spust i choć mężczyzna miał na sobie kamizelkę kuloodporną, siła uderzenia zwaliła go z nóg. Morgan oddała kolejny strzał, ale ku jej rozpaczy magazynek był już pusty. Z trudem nie poddała się panice i doskoczyła do podnoszącego się wroga. Mocnym kopnięciem w twarz znowu powaliła go na ziemię, po czym sięgnęła po broń, którą upuścił podczas upadku.
Nie zamierzał jej na to pozwolić. Złapał kobietę za nogawkę spodni i mocnym ruchem przeciągnął na siebie.
Choć nie zdążyła chwycić pistoletu, i tak miała pozycję dominującą. Okładała leżącego Azjatę pięściami po głowie, celując w takie miejsca, by jak najszybciej go zamroczyć. Zdołała zadać kilka mocnych uderzeń, a mimo to już po chwili to ona znalazła się na dole. Patrzyła w skośne oczy swojego oprawcy, zastanawiając się, jak wiele ciosów będzie w stanie wytrzymać. Analizowała w głowie setki obejrzanych walk MMA, chcąc znaleźć sposób na zmianę swojej pozycji na bardziej korzystną. Wyrywała się, usiłowała zepchnąć z siebie mężczyznę i chronić głowę, ale nie była w stanie. Blokował każdy jej ruch, trzymał kurczowo za nadgarstki i nie pozwalał się uwolnić. A potem zadał pewny, szybki cios w twarz. Poczuła niewyobrażalny ból i zgrzyt kości policzkowych. Oczy zaszły jej łzami i przez moment miała wrażenie, że odpływa. Była pewna, że już się nie uwolni, jednak nim Azjata zdołał zaatakować ponownie, został unieszkodliwiony poprzez mocne uderzenie uchwytem broni w tył głowy.
— Nic ci nie jest? — zapytał Colin, podnosząc zamroczoną Catherinę z ziemi.
Minęło kilka sekund, nim zaczęła kojarzyć, co się z nią dzieje.
— Nie żyje? — zapytała, patrząc na leżącego przeciwnika.
Z jego głowy leciała strużka krwi, a ciało nie poruszało się.
— Raczej nie. Rozpieprzyłem mu pół czaszki.
Catia nie czuła z tego powodu ani krzty żalu. Tylko ulgę.
— A ten trzeci?
— Spieprzył. Musimy się dobrze rozejrzeć, bo gdzieś tu musi być.
Mimo iż ich sytuacja nie wyglądała źle, Morgan nie przestawała się bać. Wydarzenie sprzed kilku chwil uświadomiło jej, że ci ludzie naprawdę pragnęli i pragną ich śmierci; że są zdolni do wszystkiego i nie mają zahamowań. Do tej pory zagrożenie wynikające ze sprawy Forest Hill było tylko wytworem wyobraźni podszytym słowami nieznajomego człowieka i własnymi lękami, a teraz stało się realną prawdą.
Mimo wszystko starała się jakoś uspokoić i wyciszyć. W grze nadal pozostał jeden przeciwnik, który mimo mniejszości liczebnej miał realną szansę na wygraną. Podniosła z ziemi pistolet maszynowy, po czym ostrożnie wyjrzała zza muru. Było czysto, żadnych ludzi. Colin, który patrolował drugą stronę budynku, również nie dostrzegł zagrożenia. I to ich zaniepokoiło, bo skoro Camaro nie odjechało z osiedla, to trzeci Azjata nadal przebywał na tym terenie.
Bardzo uważnie rozglądali się dookoła siebie, reagując na każdy ruch i każdy świst. Nie było to proste, skoro otaczał ich gęsty las i łono przyrody. Gałęzie pękały pod naciskiem małych zwierząt, wiatr poruszał liśćmi, a ptaki trzepotały skrzydłami. To wszystko wprowadzało poruczników w błąd, kierując ich uwagę na miejsca, w których nie czyhało niebezpieczeństwo.
I to właśnie jedna z takich trzaskających gałązek była przyczyną braku ostrożności CC. Oboje, jak na zawołanie, skierowali spojrzenia przed siebie, nie zauważając, że ostatni żywy przeciwnik mierzy do Catheriny z innego miejsca. Colin w ostatniej chwili odwrócił głowę i zorientował się w sytuacji. Na reakcję miał zaledwie ułamki sekundy, więc zrobił to, co podpowiedziało mu serce — rzucił się w tor lotu pocisku. Zdążył jeszcze oddać szybki, nieprecyzyjny strzał, który nie dosięgnął napastnika.
Dopiero wtedy Catherina dostrzegła, co dzieje się koło niej. Strzeliła kilkanaście razy do Azjaty, po czym rzuciła byle gdzie broń i dobiegła do Colina. Leżał na ziemi.
W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziała, jak zareagować. Patrzyła, jak mężczyzna usilnie starał się podnieść do pozycji siedzącej, ale każdy ruch tylko powiększał grymas bólu na jego twarzy. Potem przeniosła wzrok na brzuch i poczuła, że robi jej się słabo.
Krwawił.
Runęła na kolana, po czym — nie mając gaz ani bandaży — pośpiesznie ściągnęła z siebie kamizelkę kuloodporną, a potem koszulkę. Przyłożyła materiał do rany przyjaciela i zaczęła szukać telefonu w jego kieszeni. Podczas rozmowy z dyspozytorką cały czas uciskała postrzelone miejsce i obserwowała zachowanie Colina. Po wezwaniu pomocy rzuciła telefon na ziemię i zaczęła robić wszystko, co w jej mocy, by utrzymać przyjaciela w stanie świadomości aż do przyjazdu karetki.
— Czyś ty zwariował?! — krzyknęła na Bonneta. — Nie masz kamizelki, a wyrywasz się przed szereg?!
— Miałem czekać, aż cię trafi? — zapytał i zakaszlał.
— Ale ja miałam kamizelkę! Nic by mi się nie stało!
— Mógł trafić cię w głowę.
— Colin, kurwa mać…
Nie wiedziała, co robić. Widziała, że stawał się coraz bledszy, jego wzrok coraz bardziej rozbiegany. Choć starała się tamować krwawienie, jej koszulko-gaza była już przesiąknięta krwią.
Gdy zobaczyła, że przymknął oczy, zaczęła coraz bardziej panikować.
— Ej, nie usypiaj! — prosiła, klepiąc go mocno po policzku. — Rozmawiaj ze mną, słyszysz? Słyszysz, Colin? Ej, facet, gadaj do mnie!
— Yhm — mruknął tylko.
— Opowiedz mi coś! Opowiedz mi o Dodge'u. Uda się go naprawić? Albo nie opowiedz o tej dziewczynie, z którą wczoraj byłeś!
— Jest ładna — powiedział, powracając na chwilę do świadomości. Oparł głowę o ścianę budynku i starał się spojrzeć na Catherinę. — Byłem wczoraj pijany, ale pamiętam, co mówiłem — zmienił temat. To, że cię kocham, to prawda. Ale nie chcę, żebyś się tym przejmowała… Byłem szczęśliwy, mogąc przebywać w twoim towarzystwie. I mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu…
— Żalu? — zapytała, nie potrafiąc hamować łez. — Jakiego żalu? Colin! Jesteś najwspanialszym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć! Od razu za mną przyjechałeś, gdy ten skurwysyn do ciebie zadzwonił, uratowałeś mi życie! Jak ja mogę mieć do ciebie jakikolwiek żal?!
— Ty też za mną przyjechałaś…
— Jesteśmy rodziną. Zawsze byliśmy i nic tego nie zmieni.
— Nawet to, że cię kocham?
Catherina spuściła na moment głowę, bo nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wczorajsze wyznanie Colina nadal było dla niej szokiem, ale nie zamierzała tego teraz roztrząsać. Myślała tylko o tym, w jaki sposób mogłaby mu pomóc i lepiej zatamować krwotok, a rozmowę o uczuciach postanowiła odłożyć na inny termin.
Wtedy wpadła na pomysł, który tchnął w nią nową nadzieję.
— Ale ja jestem głupia! — zaśmiała się. Przecież przyjechałam radiowozem, a tam jest apteczka! Posłuchaj, zaraz do ciebie wrócę, OK?
Nie odpowiedział. Ruszał bezwiednie głową w jedną i drugą stronę, powoli tracąc kontakt z rzeczywistością. Catherina znowu poklepała go po policzkach.
— Błagam cię, Colin! Nie zamykaj oczu! Nie trać przytomności, to mi zajmie dosłownie minutę! Facet, kurwa, bądź silny!
Wiedziała, że w takich sytuacjach nie powinna zostawiać poszkodowanego samego, ale apteczka była jej niezbędna. Pędem ruszyła w kierunku samochodu, który zaparkowała kilkanaście jardów dalej, po czym zaczęła przegrzebywać jego zawartość. Wzięła torbę z zestawem ratowniczym i bardzo szybko wróciła do przyjaciela. Walczył, by nie zamykać oczu, choć widać było, że robi to z ogromnym trudem. Catia była z niego dumna.
— Mam! — wykrzyknęła radośnie. — Teraz będzie już z górki! Słyszysz, Colin?! Będzie dobrze! Patrz na mnie!
Drżącymi rękami wyjęła z torby opatrunki i bandaże. Odsunęła od rany zakrwawioną koszulkę i przycisnęła czystą gazę. Potem obwiązała brzuch Colina bandażem, by ustabilizować opatrunek. Na koniec otuliła przyjaciela folią termiczną, chcąc ochronić go przed utratą ciepła. Nie wiedziała, co więcej mogłaby w tej sytuacji zrobić, więc z niecierpliwością oczekiwała na przyjazd karetki.
— Ja już chyba nie dam rady... — wyszeptał nagle Bonnet, po czym przymknął na moment oczy.
Catherina nie mogła znieść swojej bezsilności. Czuła, że ogarnia ją czarna rozpacz, cierpienie, jakiego jeszcze nigdy nie przeżyła. Na Boga, przecież to był Colin, jej Colin, i walczył o życie!
— Błagam cię, otwórz oczy. Bonnet, kurwa, otwórz oczy!
— Nie przejmuj się, Catii, najwidoczniej tak musiało być. Poradzisz sobie beze mnie.
— Colin, cholera, co ty w ogóle gadasz! — uniosła głos. — Jakie bez ciebie? Musisz dać radę, rozumiesz? Wytrzymaj! Zaraz przyjedzie karetka, uratują cię! Bądź silny!
— Ty bądź silna — poprosił. — Co by się nie stało, bądź silna. Przetrwaj za wszelką cenę...
— Colin, do cholery, nawet nie próbuj się teraz ze mną żegnać, słyszysz?!
Zakaszlał, wrzasnął z bólu, po czym mocno zacisnął zęby. Catherina bezsilnie patrzyła na tę nierówną walkę, wiedząc, że nie może nic zrobić. Tak strasznie chciała wziąć choć część tego cierpienia na siebie. Ciągle miała świadomość, że gdyby nie ten zdecydowany ruch, to ona leżałaby teraz na ziemi i prowadziła brutalny pościg z czasem.
Bez przerwy nerwowo spoglądała na ulicę, oczekując przyjazdu karetki. Była świadoma, że Colin nie wytrzyma długo i że z każdą chwilą oddycha coraz ciężej. Starał się z całych sił, by nie usnąć, a mimo to kilkukrotnie o mały włos nie stracił przytomności.
Nagle do uszu Catheriny dotarł dźwięk silnika. Była przekonana, że wreszcie doczekali się przyjazdu pogotowia. To tchnęło w nią nową nadzieję i wręcz szaleńczą euforię. Wychyliła głowę zza drzewa i... zamarła. W jednej chwili z radości przeszła w stan paniki, furii. Z samochodu, który nadjechał, nie wyszli pielęgniarze, a dwóch uzbrojonych po zęby mężczyzn. Mówili głośno w niezrozumiałym dla kobiety języku i nie było wątpliwości, że są to ludzie należący do tej samej grupy, co zabici bandyci.
— Nie... — szepnęła zrozpaczona, po czym mocno przycisnęła dłoń do ust.
Ogarnął ją szał. Wiedziała, że sama z nimi nie wygra. Jedyna osoba, która mogłaby w tym pomóc, właśnie traciła przytomność.
To był jej koniec. Zrozumiała, że nigdy nie wróci do Jacoba, nie przytuli go i nie powie, jak bardzo go kocha. Nigdy nie usłyszy też śmiechu Colina i jego świńskich dowcipów.
— Uciekaj... — szepnął ostatkiem sił. — Uciekaj!
— Nie zostawię cię!
Łzy zamazywały obraz przed jej oczami. Tak bardzo się bała, tak bardzo chciała to wszystko przerwać!
— Zrobiłem to, byś ty mogła żyć. Nie zmarnuj tego. Uciekaj, do cholery!
I zamknął oczy.
— Nie... — szeptała, mocno uderzając go w policzki. — Nie rób mi tego! Nie teraz... Błagam! Colin!
Schyliła się nad ciałem przyjaciela, zapominając na chwilę o całym świecie. Lała w niego łzy, ściskała mocno za bluzkę, nie dopuszczając do siebie myśli, że właśnie go straciła. Oprzytomniała dopiero wtedy, gdy usłyszała głosy zbliżających się mężczyzn.
Chęć przetrwania zmusiła ją do wstania z ziemi. W pośpiechu chwyciła karabin i skierowała się do pobliskiego lasu. Biegła ile sił w nogach, cały czas zerkając za siebie. Nie wiedziała, co robi, dokąd biegnie, gdzie dotrze, jednak w tamtym momencie chciała ich po prostu zgubić. Potykała się o wystające patyki i nierówności podłoża, raniła skórę o ostre gałęzie i kolce leśnych roślin, jednak to jej nie zatrzymywało. Słyszała za sobą nieznane głosy, wiedziała, że nie jest tu sama, jednak cały czas naiwnie wierzyła, że uda jej się uciec. Strach i adrenalina zmuszały ją do większej szybkości i zwinności przy pokonywaniu przeszkód. Wciąż miała przed oczami obraz umierającego Colina i uśmiechniętego Jacoba wyznającego miłość każdego dnia. Czuła, że musi przeżyć właśnie dla nich. Powiedzieć światu o bohaterstwie Bonneta i wrócić do mężczyzny, którego kochała. Te cele dodawały jej motywacji do walki. I choć ogromnie się bała, chciała zawalczyć.
Stanęła za szerokim drzewem, odwróciła się i wpakowała serię kul w goniących ją oprawców. Najwidoczniej nie spodziewali się ataku, bo jeden z nich padł na ziemię. Teraz musiała pozbyć się tylko jednego przeciwnika. Znalazła doskonałe miejsce do oddania strzału i choć cel sprawnie manewrował między drzewami, czuła, że uda jej się go trafić. Wymierzyła, wstrzymała oddech, nacisnęła na spust i... zamarła. Jej magazynek ponownie okazał się pusty. Nie czekając ani chwili, rzuciła się pędem przed siebie. Znowu nie wiedziała, gdzie biegnie, po co i czy ucieczka ma jakikolwiek sens, ale w tym momencie nie mogła zrobić nic więcej.
Wiedziała, że bandyta jest coraz bliżej. Kule, które do tej pory ją omijały, teraz stawały się coraz celniejsze. W końcu poczuła nagły dreszcz, który zaczął stopniowo rozchodzić się po całym jej ciele. Straciła władzę w nogach i upadła na ziemię.
Była jak w amoku. Nie wiedziała, co się dzieje, nie potrafiła wstać, a każdy — nawet najmniejszy — ruch sprawiał, że miała wrażenie, jakby coś rozrywało ją od środka. Chciała się jeszcze jakoś bronić, wyciągała ręce przed siebie, by zaprzeć się o pień, oddalić choć o pół jarda od nadbiegającego mężczyzny, ale bez skutku. Słyszała w głowie głośny odgłos swojego bijącego serca, słyszała zdania wypowiadane przez różne osoby, ale nie potrafiła ich rozpoznać. Ktoś zwracał się do niej córeczko, ktoś inny kochanie, gdzieś w oddali roznosił się echem śmiech Colina, ale Catherina nie potrafiła pozbierać tych myśli i ułożyć ich w jakąś logiczną całość. Czuła, jakby dryfowała gdzieś między świadomością i snem.
Nie widziała twarzy swojego oprawcy, nie wiedziała, że schylił się nad nią i cynicznie uśmiechnął. Nie słyszała odgłosu odpinanego paska od spodni i obietnicy, że teraz będzie fajnie.
Nie czuła dotyku jego dłoni ani nieświeżego oddechu, gdy zbliżył do niej usta.
Nie była także w stanie dostrzec, jak zaraz za nim pojawił się inny mężczyzna. O wiele bardziej postawny, zarośnięty i z pewnością niepochodzący z Azji.
Nie słyszała krzyku oprawcy, gdy brodacz bardzo powoli i z niezwykłą precyzją podciął mu gardło, a zakrwawione zwłoki odrzucił na bok niczym starą lalkę.
Nie mogła też zaoponować, gdy chwycił jej bezwładne ciało na ręce i zaniósł w głąb lasu.



KONIEC CZĘŚCI I


Tym przemiłym gifem, Colin się z Wami żegna xD
Uf, wreszcie! Minęło prawie 6 miesięcy nim skończyłam te przeklęte 11 rozdziałów, ale wiecie co? Wreszcie mi się podoba. Wiem, że jeszcze dużo rzeczy mogłabym tu pewnie zmienić, wiem, że nie jest idealnie i na 100% znajdzie się ktoś, kto coś mi wytknie, ale mimo to jestem z siebie zadowolona.

A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na Wasze opinie. Piszcie szczerze, co sądzicie i czy takim zakończeniem rozgrzałam Wasz apetyt na pierwszy rozdział II części.

Ściskam!!

Dzięki Frix!

3 komentarze:

  1. Dalej nie wierzę, że Colin umarł. Tak po prostu. W obronie ukochanej kobiety, która uważała go tylko za przyjaciela. To beznadziejny koniec. Zwłaszcza, że Catherina i tak daje się złapać pod koniec. Ona w ogóle nie powinna pracować w takim fachu skoro traci głowę podczas strzelaniny. Nie mam pojęcia kim był mężczyzna, który postanowił ją uratować i nawet nie chce snuć domysłów.
    Za to wyczuwam, że narzeczony naszej pani policjant właśnie zniszczył sobie życie idąc na układ z kimś kogo nie widział na żywo. Nawet nie był pewny czy ten ktoś nie kłamie, a od razu niczym rycerz ruszył na pomoc ukochanej.
    Czekam na drugą część tego opowiadania z niecierpliwością.
    Pozdrawiam. Lena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłabym sobą, gdybym zakończyła tę część happy endem. Zresztą nie byłoby wtedy sensu pisać części II ;-)
      Dziękuję za przeczytanie i komentrarz ;-)

      Usuń
  2. Cześć ;-)
    Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, jak wchodzę na Twojego bloga, by czytać Twoje opowiadanie, od razu włączam na YT nową płytę Hollywood Undead („Five”). Ta muzyka jakoś tak bardzo mi odpowiada, jako soundtrack, pasuje mi do akcji…

    Ogólnie miałam skomentować chyba po 8 rozdziale, ale byłam wtedy już taka padnięta, że nie dałam rady. Miałam wtedy parę uwag, ale jak już dziś przeczytałam do końca, to musiałam to wszystko przemyśleć… Na początku, jakoś tak bardzo nie chciałam, żeby między Coline i Catheriną w ogóle coś było, ale po tym rozdziale, kiedy wyznał jej miłość zmieniłam zdani i kiedy w 11(2) okazało się, że Colin został postrzelony, ciągle łudziłam się, że Catherina jednak też w końcu wyzna mu to samo, że uświadomi sobie, że jednak też go kocha…
    Napiszę też, że od początku Glaca i Gbur mi się nie podobali… coś czułam, że będzie z nimi jakaś krzywa akcja, ale nie spodziewałam się aż tak krzywej!
    Przyznam też, że bardzo mnie zaciekawiłaś historią Dana i Alysson. W ogóle dlaczego on nie żyje? Co się stało! Ja już chcę wiedzieć!
    Dziewczyno!! Skończę się przez Ciebie ze stresu! Jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie przesuwałam strony na ekranie, jak dziś na wykładzie, kiedy czytałam ostatnie rozdziały! Jak czytałam ten rozdział, w którym do Catheriny przyszedł ten Sojusznik, to myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok… i dokładnie to stało się, kiedy czytałam ostatni rozdział! Łudzę się i mam nadzieję, że Colin przeżyje, a jak nie to będzie mi bardzo źle, bo ta postać jest mega świetna! Szczerze pisząc, żako mi się zdarza, żebym lubiła wszystkich głównych bohaterów jakiejś historii, a Twoich właśnie lubię wszystkich.
    Już się nie mogę doczekać kolejnej części, bo jestem ogromnie ciekawa, co będzie dalej… Co się stało z Catheriną, po tym, jak już została uratowana i kim jest jej wybawiciel? O ile to rzeczywiście jest jej wybawiciel! I co to za krzywa akcja z Jaconem? Zdecydowanie coś mi tu śmierdzi…
    Chyba tyle, jak mi się jeszcze coś przypomni, to może będę pisać kolejne komentarze ;-)

    Czekam na ciąg dalszy i życzę dużo weny twórczej!!

    OdpowiedzUsuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!

Dołącz!