6 marca 2018

Pierwsze "osiągnięcie" :D

Wybiło mi 10 000! :D To mało jak na czas prowadzenia tego bloga, a równocześnie dużo, biorąc pod uwagę jak rzadko tu jestem. Mam nadzieję, że ten rok będzie owocniejszy od poprzedniego i szybciej będę się cieszyć z kolejnych 10 tysięcy.

A swoją drogą, jest tu jeszcze ktoś kto czyta WiZ albo zamierza? ;) Oprócz osób, które skomentowały :D Tak z ciekawości pytam.

Ściskam!

15 lutego 2018

WiZ cz. II - Rozdział 1


1

Na niskim pniu, będącym jedyną pozostałością po ostatniej wycince drzew, siedział wysoki mężczyzna z długimi włosami. W skupieniu i ciszy pozbywał się sęków i gałązek z trzymanego w rękach długiego kija. Pewnymi ruchami odcinał wszystko to, co nie było potrzebne, po czym dokładnie wygładzał drąg. Gdy kawałek drewna zaczął przypominać włócznię, zajął się ostrzeniem grotu i nadaniem mu odpowiedniego kształtu. Potem wystarczyło już tylko nadpalić końcówkę nad ogniem, ale tym zamierzał zająć się później.
Po wykonaniu dwóch takich sztuk wstał z miejsca, chwycił włócznie w dłoń i przez następne kilka minut przedzierał się między drzewami i mniejszą roślinnością porastającą las. Z niebywałą łatwością omijał przeszkody, które pojawiały się na jego drodze, jakby na pamięć znał ich rozmieszczenie. Wojskowe ubranie pozwalało mu dobrze wtopić się w otoczenie, a pokaźny wzrost nie przeszkadzał w zwinnym poruszaniu się między gałęziami.
Gdy dotarł na niewielką łąkę w kształcie okręgu, dokładnie się po niej rozejrzał.
W samym centrum stała stara, drewniana chatka pokryta strzechą. Przez otwarte okno widać było stół przystrojony bukietem lawendy i ciemne, dębowe krzesła. Mimo wiekowości budynku nadal wyglądał na zadbany i z pewnością przez kogoś zamieszkiwany.
Obok chaty stała starodawna studnia z korbą oraz wiadra — niektóre puste, inne do połowy pełne. Jedno z nich znajdowało się również przy pokaźnym palenisku usytuowanym zaraz przed domem. Ze spalonych gałęzi unosił się dymek, a otoczka wykonana z kamieni osłaniała przed niepożądanym rozprzestrzenieniem się ognia.
Po szybkiej analizie terytorium mężczyzna stwierdził, że w ciągu kilku godzin jego nieobecności nic się nie zmieniło. Wobec tego ze spokojem usiadł na szerokim pniu i zajął się ostrzeniem swojego ulubionego noża.
— To się chyba nigdy nie skończy! — Usłyszał warknięcie i dopiero wtedy otrząsnął się z zamyślenia.
Niska, puszysta kobieta w kwiecistej spódnicy i chuście na głowie pojawiła się jakby znikąd. Mężczyzna był już przyzwyczajony, że jego towarzyszka lubiła znikać niepostrzeżenie, a potem wracać w najmniej oczekiwanym momencie, jednak tym razem z trudem ukrył zdziwienie. Stała zaledwie jard od niego, a w rękach trzymała stare, żelazne potrzaski na zwierzęta. Nie rozumiał, jakim cudem jej nie usłyszał.
— Gdzie to znalazłaś?
— Milę stąd. Ludzie to potwory — stwierdziła, po czym rzuciła żelastwo koło schodów.
Łomot starego metalu na moment zaburzył leśną ciszę, a wystraszone ptaki poszybowały z dala od chaty.
— Nigdy tego nie zrozumiem! — kontynuowała ze złością. — Ludzie mają dostęp do wszystkiego, co chcą. Tworzą rzeźnie, hodują zwierzęta, mogą kupić w supermarketach najróżniejsze mięsa i wyroby, a i tak wchodzą do lasu i zastawiają te pieprzone wnyki! Wytłumacz mi to, bo nie rozumiem… Czemu ludziom jest ciągle mało? Czemu muszą czuć, że są panami świata i wszystkiego, co się rusza? Czemu nie wystarcza im to, że nie muszą chodzić głodni i wyciągają łapska dosłownie po wszystko?! Czemu nie mogą dać spokoju chociaż zwierzętom w lesie?!
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Ludzie od zawsze polowali…
— A czemu polowali? — zapytała retorycznie. — Bo nie mieli co jeść. Chodzili walczyć i stawali ze zwierzętami jak równy z równym. Nie mieli pistoletów, strzelb i nie wiadomo czego jeszcze. To była prawdziwa walka, bo nie było wiadomo, kto wygra. Poza tym nie robili tego dla fanaberii, a dlatego, by utrzymać przy życiu siebie i swoje rodziny. A teraz co? Co wspólnego ma polowanie z rozłożeniem wnyków w lesie? To ma być to ludzkie męstwo i odwaga? To ma być ta nasza drapieżność, którą sobie ciągle wmawiamy?!
— Ludzie już dawno przestali być drapieżnikami — przyznał mężczyzna, uważnie przyglądając się ostrzu swojego noża. — Teraz każdy idzie tylko na łatwiznę.
— Więc ja tych skurwysynów oduczę łatwizny — warknęła staruszka, zaciskając mocno pięści. — Niech mi któryś jeszcze raz wnyki rozłoży, to go żywcem poćwiartuję! Ze skóry obedrę i wyrzucę przed lasem, żeby inni wiedzieli, co ich czeka, jak tu wejdą!
— Ze mną też to zrobisz, jak przyniosę ci na obiad królika?
Kobieta przewróciła wymownie oczami.
— Jeśli zabijanie zacznie ci sprawiać frajdę, to tak.
Mężczyzna nie odpowiedział. Wbił wzrok w ziemię, nie zauważając nawet, że zielarka odeszła. Mimowolnie przed jego oczami stanęły obrazy wojenne i ludzie, których zabił bez zastanowienia tylko dlatego, że taki miał rozkaz. Nie w każdej sytuacji musiał nacisnąć spust, a jednak to robił. Zaczął się zastanawiać, czy to już frajda, o której mówiła Hebe.

*

Chatka zielarki nie była duża, gdyż mieściła zaledwie dwa pomieszczenia: spiżarnię oraz kuchnię, w której znajdowała się również prowizoryczna, wysłużona leżanka. Dom zbudowany został w całości z drewna, dzięki któremu wnętrze pachniało lasem mimo upływu lat. Na ścianach wisiały kępy najrozmaitszych ziół i to właśnie one stanowiły dla Hebe największą wartość.
Każdego dnia przemierzała pobliskie tereny w poszukiwaniu roślin, których nie posiadała jeszcze w swojej kolekcji, lub tych, których potrzebowała do sporządzania naparów. Wszystkie zdobycze starannie suszyła bądź sadziła w doniczkach, które potem lądowały na kuchennym parapecie. Żadne ziele nie stanowiło dla niej tajemnicy, każde potrafiła dokładnie opisać i wydobyć z niego gamę przeróżnych właściwości. Dzięki nim mogła zarówno mocno zaszkodzić, jak i pomóc, przez co żołnierz niejednokrotnie nazywał ją w myślach znachorką.
Gdy wszedł do domu, towarzyszka stała obok niewielkiego, żeliwnego kotła i mieszała w nim nowy napar. Intensywny, ziołowy zapach unosił się w powietrzu, powodując u mężczyzny lekkie zawroty głowy.
— To cząber — wyjaśniła. — Za chwilę się przyzwyczaisz. Dobrze zabija bakterie.
— Drewno nam się kończy — zmienił temat. — Idę uzupełnić zapasy. Potrzebujesz czegoś z lasu?
— Lawendę, jeśli znajdziesz.
Mężczyzna odruchowo spojrzał na stolik, na którym stał ogromny bukiet stworzony właśnie z tej rośliny.
— Po co? Przecież masz jej mnóstwo.
— Lawendy nigdy dość.
Nie drążył tematu. Wyszedł z domu, wziął siekierę i zniknął między drzewami. Przedzierał się przez bujnie zarośnięty las, słuchając śpiewu ptaków. Trel roznosił się echem po całym lesie, zostając co chwilę przyozdabianym o kolejne dźwięki. Zwierzęta zaciekle walczyły o dominację, wznosząc swoje głosy na wyżyny możliwości. Przekrzykiwały się, zmieniały siedziska, fruwały z jednych drzew na drugie. Wywoływały gwar i rwetes, nie pozwalając, by w lesie zapanowała cisza.
Po kilku minutach żołnierz doszedł na miejsce. Położył worek na ziemi, chwycił w ręce siekierę i zaczął uderzać nią w niezbyt grube drzewo. Nie była to łatwa praca, ale lubił ją. Wysiłek fizyczny pozwalał mu odreagować, zmęczyć się i nie myśleć. Poza tym pomagał w ten sposób Hebe, przez co zyskał powód, by wstawać z łóżka każdego dnia.
Nie ociągał się i z całą siłą uderzał o drzewo. W poprzednim życiu ogromną wagę przykładał do swojego wyglądu. Regularnie ćwiczył, przestrzegał diety, podnosił ciężary, uprawiał boks. Świadczyła o tym imponująca sylwetka i pokaźne mięśnie. Dzięki temu teraz było mu łatwiej.
Nie minęło wiele czasu, a drzewo upadło na ziemię. Wtedy żołnierz przystąpił do rozdzielania go na mniejsze części i wkładania do worka. Pracował przy akompaniamencie leśnych ptaków i szumu liści. Kiedyś brakowało mu gwaru ulicy, towarzystwa ludzi i miejskiego szumu. Odgłosy wydawane przez przyrodę nie umiały mu tego zastąpić. Teraz było inaczej. Bo teraz wszystko już było inaczej.
Nagle przestał uderzać. Wydawało mu się, że usłyszał trzask łamanej pod nogami gałęzi. To nie musiało być nic dziwnego — zwierzę albo człowiek, który przyszedł na spacer czy grzyby — ale żołnierz musiał uważać. Położył siekierę na ziemi, a z kieszeni wyjął broń. Odbezpieczył ją najciszej, jak potrafił, i zaczął ostrożnie przesuwać się w kierunku, z którego prawdopodobnie dobiegł go głos. Nie był pewny, czy idzie w dobrą stronę — leśne echo mogło go zmylić — ale tak podpowiadała mu intuicja. Przeszedł kilka jardów, cały czas rozglądając się dookoła, ale nic podejrzanego nie dostrzegł. To wcale go nie uspokoiło. Zaczął się obracać i wtedy kątem oka zobaczył postać stojącą tuż za nim. Natychmiast uniósł broń i wycelował.
— Hebe, oszalałaś?! — prawie krzyknął, widząc, z kim ma do czynienia. — Mogłem cię zabić!
— To bym nie żyła — odparła, wzruszając ramionami.
Wyglądała na rozbawioną.
— Bardzo śmieszne… — burknął pod nosem, po czym zabezpieczył broń, schował ją do kieszeni i ruszył w stronę powalonego drzewa.
— Nie możesz celować do wszystkiego, co się rusza. To normalne, że po lesie ktoś chodzi, że coś tu żyje. A gdyby zamiast mnie był ktoś obcy, to co byś zrobił? Zastrzelił go tylko dlatego, że cię zobaczył?
Mężczyzna nie zamierzał odpowiadać. Zaczął rąbać drzewo, jakby w ogóle nie słyszał pytań zielarki. Jednak ona nie ustępowała.
— Jesteśmy w lesie. W zwykłym lesie. Nikt cię tu nie znajdzie, nie musisz być czujny dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Usłyszała tylko ciche prychnięcie.
— Jesteś tu bezpieczny!
Żołnierz milczał, zajęty pracą. Dopiero po chwili odrzucił siekierę i, kucając, spojrzał na zielarkę.
— Wyjaśnij mi jedną rzecz. Szkoliłem się w wojsku, pół życia spędziłem na wojnach. Nie tu, to tam. Stawałem oko w oko z najgorszymi zbrodniarzami i mordercami, śledziłem ich, tropiłem, musiałem mieć oczy dookoła głowy. Wychodziłem cało z różnych opresji, często tylko cudem. I jakoś dawałem radę. A teraz jestem w lesie i nie potrafię dostrzec między drzewami staruszki w kolorowej chustce. Jak to jest, że zawsze mnie zaskakujesz? Jak to robisz?
Rozłożyła ręce w geście bezradności i uśmiechnęła się do mężczyzny.
— Mieszkam tu trzydzieści lat. Trzydzieści lat sama z drzewami. Kto najlepiej zna skrytki w swoim domu, jak nie gospodarz?
Żołnierz pokręcił głową i wrócił do pracy. Dla niego sprawa była jasna — tracił czujność. Skoro nawet staruszka potrafiła zrobić mu takie niespodzianki, to w walce z kimś groźniejszym nie miałby szans. Czuł, że spadł już na samo dno. Kiedyś wszyscy zazdrościli mu siły, sprytu. Był dobrym wojownikiem, cholernie dobrym. Teraz stracił nawet to.
— Przyszłam, żeby przynieść ci obiad. — Położyła metalowy garnuszek z upieczoną nogą zająca na ziemi obok żołnierza. — Niedługo lunie, zbieraj się stąd powoli.
Potem odwróciła się i odeszła w stronę chaty. Nie usłyszała odpowiedzi. Towarzyszył jej tylko dźwięk siekiery z agresją uderzanej o pień. A potem i on zniknął, zastąpiony przez odgłos kropel rozbijających się o zielone korony drzew.

*

Ciąg przeróżnych znaków i cyfr widocznych na ekranie monitora doprowadzał mężczyznę do szału. Już od kilku godzin szukał błędów w tworzonym przez siebie programie, a brak jakichkolwiek postępów wywoływał w nim ogromną złość. Nie potrafił się skupić, a trzy wypite piwa dodatkowo pogarszały jego koncentrację. Wobec tego z hukiem odstawił laptopa na fotel, wyciągnął nogi na stoliku i włączył telewizor. Mało ambitny serial pozwolił mu choć na chwilę zapomnieć o nadal niewykonanym zadaniu i pewnej naganie od szefa.
— Ogarnij się! — wrzasnęła Alysson, wchodząc do pokoju. — Nie widzisz, że sprzątam?
— No i?
— No i gówno.
Z impetem zrzuciła nogi brata ze stolika, po czym zaczęła ścierać kurze z mebli. Mangus wyglądał na mocno rozbawionego jej zachowaniem.
— Co ty taka wkurzona ostatnio? — zapytał.
Założył ręce za swoją łysą głowę i rozłożył się wygodnie na kanapie.
— Nie interesuj się.
— Czyżby nowy kochaś puścił cię kantem? — zaśmiał się.
— Odpieprz się.
Rzuciła ścierkę na meble i wyszła z salonu. Była zdenerwowana, a kpiące uwagi brata jeszcze bardziej wyprowadzały ją z równowagi. Usiadła na fotelu w swoim pokoju, wyciągnęła telefon i spojrzała na wyświetlacz. Przeklęła głośno, widząc, że nie ma żadnych nieodebranych połączeń lub wiadomości. Znowu.
Szalała z niepokoju. Zastanawiała się, dlaczego jej kontakt z Colinem tak nagle się urwał. Od dwóch tygodni bez rezultatów starała się z nim połączyć, jednak najpierw w ogóle nie odbierał telefonu, a potem go wyłączył. Rozważała, czy podczas ich ostatniego spotkania zrobiła coś nieodpowiedniego i czy mogła jakoś zniechęcić do siebie porucznika, ale nie sądziła, by z tego powodu zaczął ją ignorować.
Mimo iż ich znajomość nie trwała długo, Alysson zdążyła bardzo przywiązać się do Colina. Był inny niż większość mężczyzn, z którymi miała styczność. Niczego nie ukrywał, nie zamierzał mącić jej w głowie i nie udawał kogoś, kim nie jest. Nie prawił komplementów tylko po to, by zaciągnąć ją do łóżka. Sądziła, że złapali dobry kontakt, a ich znajomość ma szansę się jakoś rozwinąć.
Po śmierci Dana potrzebowała silnego męskiego ramienia, ale do tej pory nikt nie był w stanie spełnić jej wymagań. W Colinie nie widziała przyszłego męża czy partnera, ale przyjaciela, który będzie w stanie dać jej ciepło i poczucie wartości, za którym tęskniła. A czasem też seks. Zdążyła poznać go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie przerwałby kontaktu bez żadnego powodu i wyjaśnienia. A przynajmniej tak jej się wydawało. Do tej pory odpowiadał na każdą wiadomość, oddzwaniał na każde nieodebrane połączenie, choć czasem robił to po znacznym upływie czasu. Teraz było inaczej, teraz coś się zmieniło, a Alysson nie mogła pozbyć się wrażenia, że Colin wpadł w kłopoty.
I nie potrafiła przestać o tym myśleć.

___________________________

Wróciłam! I nie wierzę, że minęło aż tyle czasu ;O
Nie będę rozpisywać... Chcę tylko podziękować wszystkim, którzy tu nadal są, bo wiem, że jest kilka osób, które nadal czekają na rozdziały. Nie zawiodę! ;)


Chciałam też podziękować Condawiramurs i Frixowi, którzy cały czas motywują mnie do pisania! ;*