6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 10(1)

10



Catherina Morgan wsiadła do samochodu i z piskiem opon ruszyła z parkingu. Nie zwracała uwagi na ograniczenia prędkości i niczym szalona mknęła w kierunku wieżowca, w którym mieszkał Colin. 
Jeszcze nigdy nie czuła na sobie tak wielkiej presji czasu. Z ogromną niecierpliwością oczekiwała zmiany świateł na zielone i z agresją trąbiła na ludzi, którzy poruszali się po ulicach wolniej, niż ona tego chciała. Pragnęła jak najszybciej porozmawiać z Colinem i raz na zawsze obalić tę nieprawdopodobną teorię Sojusznika. A potem znaleźć go i zapytać, dlaczego kłamał. Miała nadzieję, że właśnie tak zakończy się ta sprawa. 
Zanim dotarła do celu, zadzwoniła jeszcze do znajomego technika — wszystkowiedzącego Arthura. Był on jedną z niewielu osób, do których Catherina nie bała się zwrócić o pomoc, gdy w grę wchodziły działania nie do końca zgodne z regulaminem. Arthur nigdy nie odmówił jej wsparcia, choć nie zawsze podobało mu się to, o co go prosiła. 
— Cześć, Mistrzu — przywitała mężczyznę.
— Oho, Morgan czegoś chce… — Usłyszała westchnięcie po drugiej stronie.
— Skąd wiesz?
— Bo zawsze tak do mnie mówisz, jak coś chcesz.
— No nie wiem, może… Zresztą nieważne. Potrzebuję danych na temat jednego gościa. 
— Ehhh… No i proszę, miałem rację! 
— Marc Johnson z Nowego Jorku, możesz mi go sprawdzić?
Arthur prychnął.
— Wybacz, ale nie spędzę całego dnia na szukaniu dla ciebie jakichś Marców Johnsonów. Wiesz, ilu może ich być w Nowym Jorku? Tysiące. 
— Marc Johnson z Departamentu Policji w Nowym Jorku, zmarły jakieś pięć lat temu. Taki będzie pewnie jeden.
Mężczyzna zamilkł na kilka sekund, co zdenerwowało Catherinę. Czuła, że nie ma czasu na niepotrzebne rozwlekanie tej rozmowy.
— W co ty się, kurwa, wpakowałaś, Morgan? Czemu chcesz wracać do sprawy zmarłego gliny?
— W nic się nie wpakowałam. Po prostu potrzebuję kilku informacji. Poza tym, proszę cię, nie zadawaj mi teraz takich pytań…
— Ja pierdolę, nie wiem nawet, gdzie jesteś, a i tak czuję, że coś koło ciebie śmierdzi! Dobra, mów, co chcesz wiedzieć.
— Prześlij mi wszystko, co jest napisane na temat jego śmierci w bazie danych. 
— Za pięć minut będziesz to mieć na prywatnym mailu. Ale jeśli wpadniesz w jakieś bagno, to, bardzo cię proszę, nie ciągnij mnie za sobą. 
— Spokojnie, Arthur, zostawię cię suchego na brzegu. Dzięki!
Rozłączyła się. Potem położyła telefon na nogach, skręciła w lewo kierownicą i wjechała na parking znajdujący się obok wieżowca, w którym mieszkał Bonnet. Zdążyła jeszcze zgasić silnik, kiedy do jej uszu dotarł dźwięk informujący, że dostała wiadomość. Nie ociągała się z naciśnięciem na odczytaj. 

Ciało denata znaleziono w gabinecie w domu rodzinnym. Mężczyzna zwisał nad podłogą z liną zaciśniętą wokół szyi. Była to lina jutowa, kręcona, grubości 12 mm, o splocie skręcanym trzyżyłowym. Prawdopodobnie pochodziła z garażu denata. Obok mężczyzny leżało przewrócone krzesło, a na stoliku stała pusta butelka po brandy. Nie stwierdzono śladów obecności osób trzecich.
Według zeznań żony denata, mężczyzna od dłuższego czasu miał depresję oraz stany lękowe. Nadużywał alkoholu, rzadko bywał w domu, a gdy już był, to często odbierał dziwne telefony, o których nie chciał rozmawiać. W trakcie śledztwa ustalono, że pochodziły one z budek telefonicznych w różnych częściach miasta. Żona zeznała również, że od pewnego czasu na ich ulicy non stop stał ciemny Chevrolet Suburban, z dwoma mężczyznami w środku, o wyglądzie oprychów — jak określiła. Ich tożsamości nie ustalono. Nie potwierdzono również, by mieli jakikolwiek związek z denatem.

Po przeczytaniu notatki Catherina miała mieszane uczucia. Miała nadzieję, że policyjna kartoteka zawiera więcej informacji, które powiążą śmierć Marca ze sprawcami masakry na Forest Hill, a jedynym, co łączyło te sprawy, był tajemniczy Chevrolet Suburban. W końcu to ta marka została wytypowana przez techników jako szarżująca po osiedlu i tę samą niejednokrotnie widywała pod domem żona podporucznika Johnsona. To było jednak za mało, by opierać na tym jakiekolwiek teorie. 
Catia przeklęła pod nosem, usunęła maila ze skrzynki odbiorczej, a potem z kosza, i wyszła z samochodu. Nadal nie była nawet o krok bliżej do rozwiązania tej sprawy. Nie zamierzała jednak pokazać tego przed Colinem.

*

W pomieszczeniu panował mrok. Jedyne źródło światła dawała lampka stojąca na drewnianym biurku. Wszechobecna cisza utrzymywała się tam od kilku godzin i trwałaby nadal, gdyby nie telefon, który oderwał zamyślonego mężczyznę od papierkowej roboty. 
— Mów — powiedział do aparatu.
— Ktoś grzebał w sprawie Johnsona.
— Jakiego Johnsona?
— Kumpla Colina Bonneta. Nawet nie mów, że nie pamiętasz, co ci na ten temat mówiliśmy, bo mnie krew zaleje.
— Pamiętam — odparł mężczyzna, marszcząc dłonią czoło. — I co w związku z tym?
— To, że nasz porucznik zaczyna najwidoczniej prowadzić osobiste śledztwo, a nie tego od niego chcieliśmy.
— I co ja mam z tym niby zrobić?
— Naprawdę nie wiesz? Przypilnuj go, dowiedz się, co zamierza. I jeśli okaże się, że zaczyna kombinować coś na boku, to zabij.
Mężczyzna westchnął i przymknął oczy, jakby sama myśl o tym sprawiła mu ból.
— A jeśli to nie on?
— Więc się dowiedz, czy to on. Naprawdę wszystko musimy ci tłumaczyć jak dziecku? Wykaż się wyobraźnią, panie władzo. Podobno potrafisz. 
Pikanie w głośniku powiadomiło mężczyznę, że rozmowa została zakończona. Rzucił telefon na biurko, ukrył twarz w dłoniach i przez następne kilka minut nie ruszył się z miejsca. 
Zastanawiał się, czy jest choć cień szansy, że ten koszmar kiedyś się skończy. A im dłużej myślał, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że zabrnął już za daleko.

*

Colin wyprostował się na fotelu i z zaciekawieniem słuchał opowieści Alysson.
— Dan był żołnierzem — mówiła kobieta. — Poznaliśmy się w sumie w dość głupi sposób, bo o mało mnie nie potrącił, gdy jechałam na rowerze...
— Jak to? 
— Przejeżdżałam przez ulicę no i… no dobra, nie rozejrzałam się. Wyhamował w ostatniej chwili, wyszedł z samochodu i zaczął na mnie krzyczeć. Pytał, czy oszalałam i tego typu teksty. No to nie mogłam pozostać mu dłużna i też zaczęłam krzyczeć. No bo co, miałam przyznać, że to moja wina? Poza tym mógł jechać wolniej!
Colin prychnął i pokręcił głową z rozbawieniem. Podobał mu się niepokorny i nieco dziecinny charakter nowej koleżanki. 
— I co było dalej? — zapytał. 
— To było pod moim domem. Brat usłyszał, że się drę, więc wyszedł zobaczyć, co się stało. Oczywiście domyślił się, że to moja wina, bo już nie raz mnie opierdolił za to, że bujam w chmurach zamiast rozglądać się dookoła. Stanął po stronie Dana i… zaprosił go na wódkę w ramach zadośćuczynienia. Rozumiesz to?!
Bonnet nie odpowiedział, ale uśmiechnął się szeroko do Aly. Zrobił to jednak w taki sposób, że kobieta poczuła, jakby nagle temperatura w pomieszczeniu podniosła się o kilka stopni.
— Mangus uwielbia pić, więc wykorzystuje na to każdą okazję — kontynuowała. — Tylko ma słabą głowę. Dan przyjął wtedy zaproszenie, co mnie bardzo wkurwiło. Usiedli w salonie, wypili kilka kieliszków i szybko zaczęli gadać jak najlepsi kumple. Ja nadal udawałam obrażoną, ale ukradkiem spoglądałam na Dana i... w sumie to uznałam, że jest całkiem przystojny. W końcu Mangus odpadł, jego gadka zamieniła się w bełkot i Dan uznał, że będzie się już zbierał. Mnie już opadła trochę złość i postanowiłam, że zachowam się jak należy i go przeproszę.
— Jak zareagował?
— Powiedział, że przepraszam to za mało, bo mogłam mu rozpieprzyć cały zderzak — zaśmiała się. — Stwierdził, że jestem mu winna dobrą kawę albo duże piwo. Zostawił swój numer, zamówił taksówkę, a następnego dnia wrócił po samochód… 
Westchnęła. Przez moment znowu bardzo dokładnie poczuła wszystkie emocje, które towarzyszyły jej tamtego dnia. Tę samą złość, szybsze bicie serca, wprowadzające jej ciało w dziwny rodzaj uniesienia i motyle w brzuchu, gdy obserwowała uśmiech nieznajomego mężczyzny. Te wspomnienia sprawiły, że odniosła wrażenie, jakby to zauroczenie, a potem miłość, wcale nie były takie odległe i niemożliwe do powtórzenia. Chciała mówić o nim jak najdłużej, by móc znowu być tamtą Aly i nadal mieć dla siebie tamtego Dana. Na ziemię sprowadzała ją tylko jedna myśl — on już przecież nie żył. 
— Zadzwoniłam do niego po trzech dniach. Wiesz, chciałam go wziąć na przetrzymanie, żeby nie pomyślał, że zaczęło mi zależeć. Potem po jakimś czasie powiedział mi, że był przekonany, że właśnie tak to rozegram. 
— Cwana bestia.
— Polubilibyście się — stwierdziła. — Albo znienawidzili. Koło takich jak on nie przechodzi się obojętnie. Był strasznie silny. I psychicznie, i fizycznie. To mi imponowało. Gdy zaczęliśmy się spotykać, był majorem, potem awansował na pułkownika, a potem generała dywizji… Czułam się przy nim bezpiecznie, jak taka prawdziwa kobieta przy cholernie prawdziwym, męskim mężczyźnie. — Ścisnęła pięści, by jakoś to zaprezentować. — Ja zawsze robiłam, co chciałam, zawsze musiało być tak, jak ja to sobie wymyśliłam. Nie słuchałam opiekunek w bidulu, miałam gdzieś, co mówi do mnie brat albo inni ludzie. Żyłam dla siebie. A gdy poznałam Dana, to nagle okazało się, że umiem iść na kompromisy, umiem się dostosować… On mnie zmienił, ale na lepsze. Byłam przy nim innym człowiekiem.
— Zakochałaś się…
— Zakochałam?! — zaśmiała się. — Nie! Mnie totalnie odpierdoliło na jego punkcie. Po dwóch latach związku miałam kompletnie przewartościowane życie. Zaczęłam myśleć o ślubie, dzieciach, domku z ogródkiem, a wcześniej w ogóle mnie do tego nie ciągnęło. Kiedyś znalazłam w komputerze otwartą stronę z pierścionkami. Byłam pewna, że Dan zamierza mi się oświadczyć… Myślałam, że będę szczęśliwa, że moje życie się ułoży, że będzie kolorowo… Ja i Mangus wychowaliśmy się w bidulu. Nigdy nie poznaliśmy naszych starych. Nigdy nie zaznaliśmy miłości. Mieliśmy tylko siebie, a Dan... spadł mi wtedy jak z nieba.
Spuściła głowę, a z jej twarzy zszedł uśmiech. Colin domyślił się, że nadchodzi właśnie ta smutniejsza część opowieści. 
— Pewnego dnia przyszło do mnie dwóch żołnierzy… Złożyli jego mundur, oddali odznakę, uklęknęli i powiedzieli, że bardzo mi współczują. Nie byłam co prawda żoną Dana, ale znałam ich, a oni mnie... Wtedy nie potrafiłam zrozumieć, że jego już nie ma i nie będzie. To było takie… niemożliwe. Po prostu, kurwa, niemożliwe. Był człowiek i nie ma człowieka… Trumna na pogrzebie była zamknięta. Podobno ciało nie nadawało się do pokazania go publicznie. Przyszło mnóstwo żołnierzy, odśpiewano hymn, pochowaliśmy go jak na dowódcę przystało. 
Colin nie patrzył na Lys, a ona nie patrzyła na niego. Obawiała się, że może mimowolnie uronić kilka łez, a nie chciała, by Bonnet to widział. 
— Przez miesiąc nie było ze mną żadnego kontaktu — kontynuowała. — Wstawałam z łóżka, upijałam się i usypiałam od nowa. Ludzie patrzyli na mnie jak na największego menela na świecie. Lumpa, który stoczył się na samo dno. Mieli rację. Wychodziłam z domu tylko po flaszki, chleb i jakąś konserwę. I tak codziennie, dzień w dzień... Po czasie mój brat przestał przymykać na to oko, zaczęły się awantury, prośby, krzyki, ale ja miałam to wszystko gdzieś. 
Bratu brakowało już sił, ale pewnego dnia sam przyszedł do mnie z butelką. Usiadł, nalał mi wódki do kieliszka, a potem sobie. Ja w tamtym czasie waliłam wódę z gwinta, bo tak było mi najwygodniej... — syknęła się z pogardą do samej siebie. — Powiedział, że tego dnia napijemy się razem, razem porozmawiamy o Danie, razem popłaczemy i wylejemy swoje żale, ale od następnego dnia wszystko wróci do normy. Byli przyjaciółmi i on też cierpiał, ale wtedy tego nie zauważałam. Nie obchodził mnie, miałam w dupie, jak się czuje. Liczyłam się tylko ja i mój ból. Dopiero później zrozumiałam, że byłam straszną egoistką.
 Siedzieliśmy tak całą noc, nawaliliśmy się jak świnie, płakaliśmy, krzyczeliśmy i to mi pomogło. Zrozumiałam, że nie jestem z tym wszystkim sama, że muszę być silna, bo mój brat też to wszystko przeżywa. W końcu stanęłam na nogi, przestałam pić, znalazłam nową pracę, zaczęłam znowu o siebie dbać. Nadal cierpię, nadal cholernie za nim tęsknię i nadal mam mu za złe, że dał się zabić na tej pieprzonej wojnie, ale... pogodziłam się z tym. Dan zawsze powtarzał mi, że w każdej sytuacji trzeba walczyć do samego końca, bo jeśli nie zawalczysz, to nie będziesz miał szansy, żeby zwyciężyć. Jestem pewna, że on też walczył, zanim go zabili. Na pewno robił wszystko, żeby…
— Hej, nie myśl o tym teraz! — zareagował Colin.
— Przepraszam, zagalopowałam się — stwierdziła kobieta, ścierając ukradkiem łzę, która spłynęła jej po policzku.
— Nie przepraszaj. Po prostu nie rozdrapuj tego. 
— Masz rację. To nic nie zmieni.
— W porządku? — zapytał z troską Bonnet.
Alysson zrobiła dwa głębokie wydechy, po czym uśmiechnęła się szeroko.
— Tak. To przeszłość. Oddzieliłam już ją od siebie grubą kreską. A przynajmniej się staram.
— Dzięki, że mi o tym powiedziałaś.
— Szczerość za szczerość. No, ale nie mówmy już o tym. Może zrobię drinka? — zaproponowała z uśmiechem.
Nie zamierzała pozwolić, by to miłe spotkanie zamieniło się nagle w stypę. Uznała, że wyznała już wystarczająco dużo i najwyższy czas przywrócić w tym mieszkaniu wesołą atmosferę.
— Ja zrobię. Teraz moja kolej — stwierdził Bonnet. — Pewnie nie wyjdą mi tak dobre jak twoje, ale warto spróbować.
— Spróbuj, może dogonisz kiedyś mistrza. 
Rozłożyła się wygodnie na kanapie z dumną miną, a Colin nie potrafił pohamować uśmiechu. Nie umknęło również jego uwadze, że dekolt w sukience Alysson lekko się przekrzywił, przez co jedna z jej piersi była o wiele lepiej widoczna niż wcześniej. Bonnet patrzył na nią chwilę, po czym odwrócił się i wyszedł do kuchni. Zaczął obawiać się, czy wlewanie w siebie kolejnych porcji alkoholu to dobry pomysł. Z coraz większym trudem opierał się urokowi czarnowłosej, a nie chciał przekroczyć granicy, którą sam sobie kilka dni temu wyznaczył.
Do tego stopnia zatracił się w rozmyślaniach, że nie zachował ostrożności, otwierając gazowany napój. Spieniona zawartość wytrysnęła z butelki wprost na ręce porucznika, jego koszulę i na podłogę.
— Cholera jasna! — wrzasnął, patrząc na to, co zrobił.
Alysson od razu przybiegła do kuchni. 
— Och, ty sieroto! — rzuciła rozbawiona. — Ściągnij szybko tą koszulę, bo plamy zostaną. 
Colin spojrzał na nią niepewnie. Pomyślał, że skoro już są na etapie rozbierania, to cała ta jego granica runie szybciej, niż sądził. 
— Jasne, ja ją ściągnę, a ty się na mnie rzucisz — zażartował, po czym rzeczywiście zaczął rozpinać guziki. 
Lys z niemałym zainteresowaniem przyglądała się wysportowanemu ciału i skupionej twarzy porucznika. Przeszło jej przez głowę, że jest cholernie pociągający, a tamta kobieta sama nie wie, jak wiele traci.
— Spokojnie, najpierw nacieszę oczy, potem się rzucę. Będę łaskawa i dam ci czas na ewentualną ucieczkę — powiedziała, po czym wzięła od Bonneta koszulę i zaczęła prać ją w zlewie. 
Rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
— Pójdę otworzyć. Zrobisz w tym czasie drinki? — zapytał Colin.
Alysson kiwnęła głową, a on poszedł do przedpokoju. Nie krył zdziwienia, gdy za progiem zobaczył Catię. 
— Jesteś zajęty? — Usłyszał.
— Co ty tu robisz?
Lys drgnęła. Choć nadal przebywała w kuchni i nie widziała, kim jest gość Colina, domyśliła się, że właśnie o tej kobiecie przed chwilą rozmawiali. 
— Wiem już o wszystkim... — wyrzuciła z siebie Catherina, po czym oparła się plecami o futrynę drzwi.
Postanowiła postawić wszystko na jedna kartę. 
— O czym ty mówisz?
— Myślałam, że mówimy sobie o wszystkim, ale teraz wiem, że o czymś mi nie powiedziałeś... 
— Nadal nie rozumiem…
— Wpuścisz mnie do środka?
— Nie jestem sam... — powiedział jakby ze wstydem. 
Catia przymknęła oczy i spuściła bezsilnie głowę. 
Nie tak miało być. Gość Colina psuł jej wszystkie plany. Nie wyobrażała sobie, by poruszać ten temat przy osobach trzecich. 
— Ale to ważne… 
Bonnet rozłożył bezsilnie ręce, w niemy sposób pytając: no to co ja mam teraz zrobić?
— Może porozmawiamy jutro? — zaproponował.
— Jutro może być już za późno. Colin, ja…
Albo teraz, albo nigdy — pomyślała.
— Wiem o Marcu. 
— O czym ty mówisz? — zapytał, jakby nie rozumiejąc, o co kobiecie chodzi.
— Wiem, że ktoś go zmusił do tego samobójstwa i wiem, że jest powiązany ze sprawą Forest Hill. Nadal uważasz, że ta rozmowa może poczekać do jutra?
— O czym ty pieprzysz, Morgan? — warknął po cichu zdenerwowany Bonnet. 
Zaczynał tracić nad sobą panowanie i wyraźnie nie radził sobie z rosnącymi emocjami. To wystarczyło, by upewnić Catherinę, że trafiła w sedno. On coś wiedział.
— Posłuchaj, nie wiem, co sobie ubzdurałaś, ale to się kupy nie trzyma. Naprawdę nie mam teraz czasu, pogadamy w pracy, ok? Trzymaj się.
Po czym tak po prostu zamknął przed Catheriną drzwi.


Teraz już naprawdę zbliżamy się do końca. Jeszcze tylko 2-3 rozdziały i finisz! Mam nadzieję, że jesteście ciekawi, co dalej ;)

Dzięki Frix Katja! ;*

4 komentarze:

  1. Daadadaaam ...
    Witam znów Rudy Aniołu :)
    Powracam!
    Czytałam ten rozdział i czułam się jak by to było wczoraj.
    All i Dan jedna z ulubionych par.
    Jestem bardzo ciekawa kto zlecił zabójstwo i kto je wypełni.
    Już nie mogę się doczekać ostatnich rozdziałów, bo będą zapewne bardzo emocjonujące oraz drugiej części, którą kochałam.
    Pozdrawiam i życzę weny x

    OdpowiedzUsuń
  2. No to piękna akcja. Nie wiem na kogo jestem bardziej zła. Na Catię za to że zepsuła taki idealny moment czy Alyssę bo akurat wtedy znalazła się u Colina. Robi się coraz ciekawej. Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!