6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 3(2)


*

Gdy Catherina po raz pierwszy postawiła stopy na Forest Hill, nie miała dobrych przeczuć. Teraz z każdą chwilą tylko utwierdzała się w przekonaniu, że wydarzyło się coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Nadal było zbyt cicho, zbyt dziwnie i tajemniczo. Dlatego, gdy zapukała do drzwi domu z numerem sześć, ale nikt nie podszedł, by je otworzyć, nie wahała się nacisnąć na klamkę. O wiele szybciej niż poprzednim razem weszła do środka i zajęła się przeszukaniem. Czuła charakterystyczny zatęchły fetor, ale łudziła się, że to jakaś pomyłka i za moment właściciel opieprzy ją za bezprawne wtargnięcie. Chciała, by stanął z nią twarzą w twarz, by ją okrzyczał, zwyzywał, ale tak się nie stało. Zamiast tego zobaczyła kolejną bordową kałużę, kolejną makabrę i kolejne ciało.
Zaczęła wycofywać się z domu, mocno przyciskając dłoń do ust. Potem szybko wybiegła z posesji i stanęła na środku ulicy. Obróciła się kilka razy wokół własnej osi i uważnie przyjrzała się otoczeniu. 
Była przerażona. Poczuła łzy napływające do oczu i choć z całych sił starała się opanować, nie potrafiła powstrzymać emocji. Przyjeżdżając sprawdzić zgłoszenie, nie podejrzewała, że zobaczy coś tak strasznego. To miał być normalny dzień, normalne zgłoszenie i normalna zbrodnia. Bez względu na to, jak nieprzyjemnie brzmiało to określenie. 
Poczuła, że traci panowanie nad własnym ciałem i że coraz większą trudność przynosi jej utrzymywanie się na nogach. Mocno oddychała, mając nadzieję, że zdoła się uspokoić, ale to nie przynosiło rezultatów. W pewnym momencie podskoczyła jak oparzona i wrzasnęła głośno, czując czyjś dotyk na swoim ramieniu. Odwróciła się pośpiesznie i odetchnęła z ulgą, widząc Colina. Mężczyzna patrzył na nią z niezrozumieniem, zaskoczeniem i zapewne czekał na relację z wizyt u sąsiadów ofiar. Szybko zauważył roztrzęsienie partnerki i bez problemu domyślił się, co spowodowało u niej taką reakcję. Bez słowa przytulił Catię do siebie, pozwalając, by uspokoiła się i unormowała oddech. Pomogło. Zawsze pomagało.
— Napij się wody, a ja pójdę sprawdzić pozostałe domy — zadecydował.
— Nie, już w porządku. — Wzięła dwa głębokie oddechy, po czym dodała stanowczym tonem: — Idę z tobą.
Colin nie dawał za wygraną.
— Zostajesz.
— Już mi lepiej — oznajmiła. — To był tylko moment. Spokojnie, nie zemdleję.
— Na pewno?
Bonnet nie był przekonany, czy partnerka jest w stanie kontynuować służbowe czynności, ale ona nie zamierzała się poddać. Nie chciała pokazać, że z czymś sobie nie radzi. Będąc śledczym wydziału zabójstw, musiała dusić wszelakie słabości już w zarodku i nie pozwalać, by się rozwijały. Przynajmniej podczas pobytu na miejscu zbrodni i w departamencie. Sama tego chciała, sama wybrała taki zawód, a teraz musiała ponieść tego konsekwencje.
— Tak, na pewno — rzuciła krótko.
Wskazała palcem budynek, w którym jeszcze nie była, po czym weszła do środka razem z Colinem.

*

Dziesięć minut. 
Tylko tyle czasu zajęło śledczym sprawdzenie wszystkich pozostałych domów. Potrzebowali tylko dziesięciu minut, by odkryć rozmiary krwawej masakry, która się tutaj rozegrała. 
Dodatkowa grupa techników przyjechała na Forest Hill w nadzwyczajnym tempie, a koroner wraz z pomocnikami dotarł zaraz po nich. 
Dziesięć minut i dziesięć ciał. Każde z tymi samymi ranami i o identycznym czasie zgonu.
Wykonując rutynowe czynności, ani Catherina, ani Colin nie czuli się dobrze. Nie zdołali jeszcze przyjąć do wiadomości, że pierwszy raz w życiu stoją w miejscu masowego morderstwa. Mimo to starali się trzymać fason i nie pokazywać, jak wielkie targały nimi emocje. 
Podczas gdy Morgan przeszukiwała dom jednej z ofiar, Bonnet postanowił porozmawiać z technikami stacjonującymi na zewnątrz. Zajmowali się badaniem śladów opon, które powstały na drodze wskutek gwałtownego hamowania. Mierzyli ich szerokość, długość obwodu zewnętrznego, fotografowali wzór bieżnika, wyznaczali rozstaw kół i na podstawie tych wszystkich parametrów starali się ustalić konkretny model samochodu. Nieocenioną pomoc stanowił tutaj specjalny program komputerowy, w który wpisywali wszystkie dane.
— Chevrolet Suburban. Trzy sztuki — powiadomił porucznika jeden z mężczyzn.
— Jesteś pewny?
— Na osiemdziesiąt procent. Zmierzę jeszcze raz i dam ci potem znać.
Colin jeszcze przez moment przyglądał się śladom na drodze. Nazwa amerykańskiego SUV-a plątała mu się po głowie, aż uświadomił sobie, że już wcześniej — w bardzo niemiłych okolicznościach — miał styczność z takim samochodem. Nabrał złych przeczuć, ale szybko wmówił sobie, że zaczyna przesadzać. 
To tylko przypadek — pomyślał. — To tylko głupi przypadek.

*

Przez całą drogę powrotną CC nie odezwali się do siebie ani słowem. Obojgu trudno było pojąć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Leśna aura, śpiew ptaków, czyste powietrze i zapach roślin, a w samym środku zbiorowa mogiła dziesięciu bezwzględnie zamordowanych osób. Im dłużej myśleli o tej sytuacji, tym bardziej nie potrafili zrozumieć, dlaczego nikt nic nie zrobił; czemu nikt się nie bronił albo co blokowało mieszkańców, by wspólnie przeciwstawić się mordercy. Do tego wszystkiego dochodziło również niepokojące wrażenie, że w całej tej sprawie coś nie gra.
W pewnym momencie Bonnet poczuł, że nie jest w stanie dalej prowadzić i musi zrobić krótką przerwę. Nie chciał, by przez jego roztargnienie doszło do kolejnej tragedii. Zatrzymał się na poboczu, wyszedł z samochodu i oparł się o niego. Przez moment patrzył na swoje buty, a potem przeniósł wzrok na otoczenie.
Znajdowali się na asfaltowej drodze z obu stron otoczonej gęstym lasem. Oprócz drzew i śpiewających ptaków nie było wokół nich zupełnie nic. Cisza i brak cywilizacji nagle zaczęły działać Colinowi na nerwy. Miał ochotę rozwalić coś gołymi rękami albo wrócić do domu i upić się w samotności. 
Nawet dla niego ilość wrażeń i krwawych widoków była zbyt duża jak na jeden dzień. Gdy zauważył ptaka, lecącego dość nisko, podniósł z ziemi niewielki kamień i cisnął nim z całej siły w niewinne stworzenie. Nie trafił, ale zrozumiał, że musi odpocząć.

 *

Po przyjeździe do departamentu porucznicy od razu udali się do gabinetu Martineza. Komendant wiedział już o szczegółach tego przerażającego odkrycia. Siedział na fotelu, gładząc ręką swoją brodę. Gdy zobaczył CC, kiwnął, dając im znać, by usiedli. 
— Trzeba działać natychmiast, zanim zlecą się dziennikarskie hieny — powiedział bez zbędnych wstępów. — Przydzieliłem do sprawy Coopera i Longa. Kilka lat temu rozwiązali jedną głośną masówkę i nawet sprawnie im to poszło. 
Przerwał na chwilę, mlasnął ustami, po czym z tajemniczą miną spojrzał na swoich podwładnych.
— Powiedzcie, Bonnet i Morgan, co chcecie osiągnąć w życiu?
CC zupełnie nie spodziewali się takiego pytania.  
— Uściślę — dodał. — Na jaką sprawę czekacie od początku służby? Jest coś, co wam się marzy?
— Coś zawiłego — odpowiedział szybko Colin.
Komendant kiwnął głową i spojrzał wyczekująco na Catherinę.
— Złapać kogoś przed wykonaniem zbrodni i uratować potencjalną ofiarę.
— No tak... — zaśmiał się ironicznie komendant. — Cała Morgan. Musiałaś mieć bardzo porządną matkę, bo tej dobroduszności z pewnością nie odziedziczyłaś po tatusiu.
Kobieta cudem powstrzymała się przed komentarzem. Zacisnęła mocno pięści, powtarzając sobie w myślach, że to tylko marna zaczepka, na którą nie powinna reagować. Problem polegał na tym, że porucznik miała dość wysłuchiwania uwag na temat swojego ojca, a Martinez od zawsze czerpał z nich nieopisaną radość. 
Kilka lat temu Paul Morgan pełnił zaszczytną funkcję Komendanta Departamentu Policji Silent Glade i często uciekał się do metod, które nie podobały się niektórym podwładnym. Gdy ktoś raz mu podpadł, potem przez całą służbę miał tylko pod górkę. Morgan na nic nie przymykał oczu, nie pozwalał na żadne błędy, nie tolerował przekraczania pewnych granic albo nadużywania władzy, chyba że robił to on sam. Miał też zasady, których nikt nie mógł naruszyć. W innym wypadku wylatywał z pracy z wilczym biletem bez możliwości kontynuowania służby gdzieś indziej.
Obecny komendant, a wtedy kapitan Martinez, nigdy nie potrafił się z nim porozumieć. Mężczyźni nadawali na innych falach, mieli różne podejście do niektórych kwestii i wiele spraw chcieli rozwiązać w inny sposób. I żaden z nich nie zamierzał ustąpić albo wyciągnąć ręki, by zażegnać spór.
Na przestrzeni lat ich niechęć zmieniła się w jawną rywalizację i nienawiść. Martinez chciał za wszelką cenę pokazać, że jest wybitnym specjalistą i to on powinien zajmować fotel komendanta, a Morgan na każdym kroku podkładał mu kłody pod nogi. Uważał, że mężczyzna nie jest godny nawet stanowiska kapitana, bo niejeden krawężnik ma od niego większe osiągnięcia i wiedzę.
Gdy kilka lat temu ojciec Catii został zastrzelony w trakcie akcji, w której w ogóle nie musiał brać udziału, Martinez nie okazał ani krzty żalu. Z uśmiechem na ustach zajął miejsce swojego rywala i całą swoją niechęć do Paula przeniósł na Catherinę. Tym bardziej, że w niektórych aspektach kobieta mocno przypominała mu swojego ojca. Nowy komendant na każdym kroku przypominał jej, że teraz on tutaj rządzi, a nazwisko Morgan nic już w departamencie nie znaczy. Buntowniczy charakter Catheriny nie chciał na to pozwolić. 
— Może wróćmy do sprawy? — zaproponował Colin, widząc, że partnerka z trudem nad sobą panuje. 
Nie chciał, by powiedziała coś, czego będzie potem żałować, a wiedział, że była do tego zdolna. 
— Ach tak, sprawa — westchnął teatralnie Martinez. — Cooper i Long będą potrzebować wsparcia. W końcu dziesięć trupów to nie jeden.
Fascynująca myśl, komendancie! — pomyślała kąśliwie porucznik. Miała ogromną ochotę powiedzieć to na głos. 
— Do czego szef zmierza? — zapytał zniecierpliwiony Bonnet.
— Chcę, żebyście z nimi współpracowali. Oczywiście w jasno wytyczonej hierarchii. Oni dowodzą, wy wykonujecie polecenia. Tylko nie jestem pewny, czy nawet w takiej formie dacie sobie radę.
Catherina przewróciła wymownie oczami. Martinez to dostrzegł, ale nie skomentował.
— Aż tak bardzo wątpi szef w nasze umiejętności? — zapytał porucznik.
— To nie jest tylko kwestia umiejętności, ale też doświadczenia. Jesteście młodzi, niewiele jeszcze w życiu widzieliście. A ta sprawa już gołym okiem nie wygląda dobrze.
— Proszę wybaczyć — wtrąciła Catia — pracuję w wydziale zabójstw siedem lat, Colin jeszcze dłużej. Przez ten czas wiele zdążyliśmy już zobaczyć i nie sądzę, żeby…
— Od sądzenia są sądy, Morgan — przerwał dyskusję.  
— Catia, dasz radę? — zapytał cicho Colin.
Słysząc to pytanie, Catia przestała skupiać się na Martinezie i wróciła myślami do sprawy.
Gdy kilka godzin wcześniej wchodziła do poszczególnych domów i w każdym z nich znajdowała trupy, była przerażona. Czuła mdłości, zawroty głowy, a jej ciało żyło jakby innym życiem. Nie kontrolowała swoich zachowań, ruchów i cały czas drżała. Ten widok ją rozmiękczył, pozbawił obojętności, którą powinna się wtedy kierować. Jednak teraz — po czasie — wszystko zaczynało wracać do normy i choć sprawa nie przestała wyglądać tragicznie, to Catia patrzyła na nią z coraz większym dystansem. Miała pełną świadomość powagi sytuacji, ale chciała się tym zająć. Nie umiała zaprzeczyć, że Forest Hill ją zafascynowało. Rozpalało jakieś dziwne namiętności, których do tej pory nigdy nie czuła. To mogło być najciekawsze i najbardziej wymagające śledztwo w jej karierze. Musiała spróbować.
— Damy radę — odpowiedziała pewnie. 
Nie potrafiłaby oddać tej sprawy i pozwolić, by ktoś inny zbierał za nią laury. W takich kwestiach była zbyt dużą egoistką. 
— Będę miał was na oku. Jeśli zobaczę, że za bardzo się wychylacie, kombinujecie coś i cwaniakujecie, to przysięgam, że konsekwencje siarczyście zapieką was w dupy. Nie chcę słyszeć, że stwarzacie problemy. Jeden błąd i was odsuwam. Czy to jest jasne? 
CC kiwnęli głowami na potwierdzenie.
— Mam nadzieję. I nie chcę być w waszej skórze, jeśli coś spieprzycie. Pamiętajcie, że dopóki się da, utrzymujemy Forest Hill w tajemnicy. Żadnych opowieści przy śniadanku, żadnego kontaktu z mediami, żadnego plotkowania w kiblu. Nawet przez telefon nie wolno wam o tym gadać. Czy to jest jasne?
Ponownie kiwnęli głowami.
— Od jutra zaczynacie pracować na najwyższych obrotach. Przychodzicie do departamentu o godzinie siódmej i przekazujecie komuś, ale jeszcze nie wiem komu, wszystkie szczegóły odnośnie sprawy tej Campbell. 
— Ale jak to? — zapytała zaskoczona Catherina.
— Uważasz, że będziesz równocześnie rozwiązywać Campbell i Forest Hill? No nie rozśmieszaj mnie. Nie przy sprawie takiej wagi...
Catia szybko przeanalizowała w głowie wszystkie za i przeciw. Campbell czy Forest Hill, Forest Hill czy Campbell. Szybko doszła do wniosku, że sprawa Sophie rzeczywiście powinna trafić w ręce kogoś innego. Ona z pewnością będzie mniej interesująca i rozwijająca niż dziesięciokrotne morderstwo. 
Zaraz potem uświadomiła sobie, że właśnie rozważała, które zabójstwo jest mniej ważne, a które bardziej i która śmierć przyniesie jej większe zyski. Poczuła się podle, ale to uczucie minęło tak szybko, jak się pojawiło.
— Dobra, niech będzie — stwierdziła. 
— Niech będzie… — powtórzył ironicznie komendant. — Rany boskie, ty naprawdę myślisz, że masz coś do gadania? Zejdźcie mi już z oczu. I widzę was tu jutro o siódmej rano. Szósta pięćdziesiąt to już spóźnienie. Wynocha.

*

Przy stoliku, w najdalej położonym kącie lokalu, spędzali już drugą godzinę. Zanim zaczęli pić, Catherina uprzedziła Jacoba, że może wrócić lekko nietrzeźwa, a on znał ją na tyle, by wiedzieć, co jest tego powodem. Zdarzało się bowiem, że gdy wraz z Colinem dostawali do rozwiązania trudną sprawę bądź coś wyraźnie im się nie udawało, umawiali się na piwo bądź kilka kieliszków czegoś mocniejszego, by odreagować stres.
Jacob nie wtrącał się w te spotkania i w żaden sposób ich nie zabraniał. Wiedział, że w sprawach policyjnych nie jest w stanie zrozumieć zachowania i uczuć Catii tak dobrze, jak Colin, dlatego pozwalał, by w tym jednym temacie to Bonnet był dla niej powiernikiem oraz wsparciem. Zdawał sobie sprawę, że bardzo często ograniczała ją tajemnica zawodowa i narzeczonemu nie mogłaby nic powiedzieć. Ufał Catherinie i wiedział, że takie wypady na piwo naprawdę pomagały jej w utrzymaniu psychicznej równowagi.
— Jesteś strasznie spięty... — zauważyła Morgan, przyglądając się czujnie przyjacielowi.
Colin opierał się łokciami o ladę barową i w milczeniu sączył swoje piwo. Catia nie chciała spędzić tego wieczoru w kompletnej ciszy.
— Wydaje ci się — rzucił szybko.
— Co jest? 
— No przecież mówię, że nic. 
— Proszę cię — zaśmiała się ironicznie. — Ile my się znamy, Colin? Mów, bo nie ustąpię.
Westchnął głęboko.
— Nie jestem pewny, czy powinniśmy brać tę sprawę...
— Dlaczego?
— Jest jakaś... dziwna — stwierdził, znacznie się przy tym krzywiąc. — Takie zbiorówki mogą się ciągnąć latami...
— Colin, przecież wszystko może się ciągnąć latami — zaśmiała się lekko. — Nie szukaj problemów tam, gdzie ich nie ma. To jest nasza szansa. Ile już czekasz na awans? Kto wie, może teraz wreszcie go dostaniemy?
— Mam jakieś złe przeczucia...
Patrzył nieobecnym wzrokiem w prawie pełny kufel z piwem i sam nie rozumiał, skąd brały się jego obawy.
— Przesadzasz, Colin, naprawdę. Poza tym jeśli coś nas przerośnie, to zawsze możemy zrezygnować. Na razie po prostu spróbujmy i dajmy z siebie wszystko.
— Tak myślisz? — zapytał niepewnie. 
— Tak myślę. 
Bonnet uśmiechnął się pod nosem. Właśnie to chciał usłyszeć.
Po chwili do ich uszu dotarł dźwięk wiadomości SMS. Catia wyciągnęła telefon i wcisnęła odczytaj.

OD: Jake <3
Za ile będziesz skarbie?

Pomyślała, że o tej godzinie Jacob leży już pewnie w łóżku i szykuje się do snu. Nagle zapragnęła jak najszybciej skończyć piwo i znaleźć się koło narzeczonego. Poczuć jego dłonie na swoim ciele, wtulić się w jego tors i zakończyć ten parszywy dzień serią czułych pocałunków. 
— Mam ochotę na klub, co ty na to? — zaproponował Colin.
— Jake na mnie czeka.... — Uśmiechnęła się przepraszająco.
— Rozumiem — rzucił szybko. 
— Na pewno?
Chociaż była zmęczona i chciała wracać, nie zamierzała zostawić Colina samego, jeśli miał jakiś problem bądź potrzebował porozmawiać. Dlatego też uważnie przyjrzała się przyjacielowi, chcąc wywnioskować coś z jego zachowania. 
— Nie analizuj mnie — rozkazał, szeroko się do niej uśmiechając. 
Catherina od razu odwzajemniła ten gest. 
— Bierz taksówkę i jedź — dodał.
Morgan nadal nie była przekonana. Bonnet wyglądał na przybitego.
— Nie martw się o mnie. Wypiję jeszcze jedno piwo i też stąd wyjdę.
— To, że stąd wyjdziesz, wcale nie znaczy, że pójdziesz prosto do domu — złapała go za słówko.
— Spostrzegawcza jak zawsze!
Catia westchnęła.
— Nie zapomnij, że od jutra bierzemy się za Forest Hill, a szósta pięćdziesiąt to już spóźnienie.
— Nie zapomnę — obiecał W końcu nie chcę, żeby konsekwencje siarczyście zapiekły mnie w dupę.
Zaśmiali się równocześnie. 
— Do jutra — rzuciła Morgan, po czym pocałowała przyjaciela w policzek i wyszła z baru.
Bonnet nie zamierzał zrobić tego samego. Dopił piwo, zamówił whisky i utonął w morzu własnych myśli. 
Jeśli pół godziny wcześniej nie dopisywał mu humor, to teraz stracił go już całkowicie. Był zdenerwowany i zawiedziony, że ten wieczór skończył się tak szybko. Miał nadzieję, że wypiją jeszcze kilka piw albo drinków, powspominają stare czasy i chociaż raz zatańczą. Uwielbiał patrzeć na Catherinę ruszającą swoim ciałem w rytm muzyki. To była jedna z niewielu chwil, kiedy z chłopczycy w spodniach zamieniała się w kobietę w pełni świadomą własnych wdzięków i atutów. A ten widok sprawiał Colinowi niesamowitą przyjemność.
Ku swojemu zdziwieniu, od pewnego czasu zaczął zauważać, że odejścia Catheriny do Smitha wywołują u niego coraz większą złość. Rozumiał, że przyszły narzeczony jest dla niej ważniejszy niż kumpel i wiedział, że to zupełnie normalne. Mimo to na każde wspomnienie o ślubie albo Jacobie jego humor ulegał drastycznemu pogorszeniu. Chociażby teraz, gdy kobieta zrezygnowała z dalszej części spotkania na rzecz przyszłego męża. Colin był zły, że dała się wytresować aż do takiego stopnia, że po jednym SMS-ie potrafiła rzucić wszystko i pobiec do Jake'a. Nie znosił tego faceta, chociaż nie potrafił dokładnie wyjaśnić, co było powodem. 
— Co taki przystojniak robi tutaj sam? — Usłyszał nagle za uchem. 
Przekręcił głowę i zobaczył ładną szatynkę, która patrzyła na niego z wymownym uśmiechem i nawijała na palec kosmyki swoich włosów. 
— Siedzę — odburknął. 
— To może zaproponujesz mi drinka i posiedzimy razem?
— Spieprzaj — rzucił bez ogródek.
Dziewczyna otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Zupełnie nie spodziewała się takiej reakcji.
— Można było grzeczniej! — oburzyła się.
— Głucha jesteś czy mam powtórzyć jeszcze raz?! Idź szukać sponsora gdzieś indziej.
— Nie szukam sponsora, chciałam cię po prostu poznać! — powiedziała z żalem, po czym szybkim krokiem odeszła od porucznika.
 — Ta, wy wszystkie chcecie po prostu poznać — rzucił z ironicznym śmiechem, jednak dziewczyna nie była już w stanie tego usłyszeć.
Jednym haustem dopił całą zawartość szklanki, po czym rzucił na bar zapłatę wraz z napiwkiem. Nagle atmosfera w tej knajpie i obecność innych ludzi zaczęła bardzo mocno działać mu na nerwy. Pomyślał, że równie dobrze może nawalić się w domu i z takim zamiarem wyszedł z baru. 


Powoli się rozkręcam ;) Mam nadzieję, że się podobało ;)

Gorące podziękowania dla
Frixa i Katji!

7 komentarzy:

  1. Masowe morderstwo dziesięciu osób?! Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że wrócą do sprawy tamtej kobiety i ją w spokoju rozwikłają, zanim zaczną maczać palce w następnej sprawie. A tu taka niespodzianka. Nie wiem czy podjęta przez nich decyzja jest słuszna. Będą popychadłem dla starszych stażem kolegów z pracy, a ich intelekt i zdolności do rozwiązywania tajemniczych zagadek mogą zostać nieco za bardzo stłamszone i wywoływać frustrację. Poczekam na dalsze osądy w tej sprawie, gdy przeczytam kolejne rozdziały.

    Nie myślałam, że główny komendant ma takie osobiste żale do ojca Morgan. Skoro ojciec dziewczyny już dawno nie żyje, a on zajął jego miejsce, to po co uprzykrzać Caterinie życie przez dawne sprzeczki. Nie rozumiem tego człowieka.

    Hej! Czyżby przystojny Colin czuł miętę do swojej partnerki? Trochę za późno na to, a zazdrość względem jej narzeczonego, wcale nie pomoże tej parze łatwiej rozwiązywać zagadkę masowego morderstwa.

    Czekam na więcej. Pozdrawiam z lenaskolowska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie cieszę się, że zdołałam Cię zaskoczyć ;)
      Komendant rzeczywiście mógłby sobie darować tę złość, ale gdyby postacie zawsze postępowały zgodnie z sumieniem czytelników, to nie byłoby zabawy w czytaniu ;)

      Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz ;*

      Usuń
  2. "Catia westchnęła." - w tym zdaniu zabrakło akapitu ;)
    Świetnie, świetnie i jeszcze raz świetnie - przechodzisz dalej! Cudownie piszesz i takie przy okazji moje spostrzeżenie. Naczytałam się sporo książek kryminalnych, by snuć podejrzenia, że obie sprawy pewnie jakoś się ze sobą łączą. Może to błędne przeczucie, ale silne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już poprawiam ;)
      Aaa no ciekawe czy będziesz mieć rację. Ja nic nie zdradzę ;D

      Dziękuję za przeczytanie i komentarz ;*

      Usuń
  3. Ok., jestem bardzo ciekawa, co kryje się za „przypadkiem” i okolicznościami w których Colin miał z nimi styczność. Czy to ma jakiś związek z pieniędzmi, których potrzebował?
    Co do Martineza i Catii. Kurde, co było to było, w takim przypadku zawsze inaczej podchodzi się do ludzi, ale żeby od razu wyżywać się na córce swojego rywala? Ja nie mogę… Nikt nie ma wpływu na nikogo. Ludzie są jacy są i nie ma sensu żyć tym co było. No ale ludzie uparci i pamiętliwi też są.. I tak źle i tak niedobrze. W każdym razie nie powinno być czegoś takiego. Liczy się efektywność i osiągnięcia na stanowisku a nie… No ale mniejsza :D
    Mam tylko nadzieję, że Cati nie przejedzie się na tym. No dobra, wszyscy wiemy, że tak będzie! Będzie masakra i o to się martwię!
    Jejku...Colin się denerwuje, bo tak naprawdę to się buja w Cati, ale jeszcze się do tego nie przyznaje przed samym sobą :D Ciekawa jestem co tym razem wymyślisz, bo ostatnio było dość ciekawie.. :D
    Na razie lecę, ale do piątku pojawię się znowu!
    Pozdrawiam Cię! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ajaja widzę, że wątek tych pieniędzy siedzi Ci w głowie!:D Ale to dobrze, nigdy nie wiadomo, co może okazać się istotne ;-)

      Zgadzam się, że taka relacja między Catią i Martinezem nie powinna mieć miejsca. Niby dorośli ludzie, a jak dzieci. Ale gdy w grę wchodzą dawne urazy, czasem cięzko zachowywać się tak, jak trzeba :D

      Dziękuję za komentarz ;*

      Usuń
  4. Hej, hej :D. Hm czy skoro Catia jest z wydziału zabójstw, to nie powinna trochę przyzwyczaić się już do tych trupów? Czy jednak tak wielka ilość po prostu wywołała w niej więcej emocji? A może nigdy nie była na to obojętna. W każdym razie w jej zawodzie liczy się właśnie odporność na stres, trzeźwe myślenie itd. No i ta obojętność trochę, którą nie wiem czy ona ma. W każdym razie dość szybko się pozbierała, więc jednak ma.
    Pewnie Catii raczej trudno by było zmieniać wszystko;mieszkanie, utrata Colina itd. tylko po to aby nie użerać się z tak głupim komendantem. Chociaż o tyle dobrze, że nie tylko do niej odzywa się tak... źle. Uważam że to strasznie głupie, kiedy odpłacasz się na kimś innym niż na osobie, do której czujesz złość.
    Strasznie fajnie, że jej narzeczony rozumie potrzebę pogadania z kimś innym, spędzania dłuższej chwili właśnie z przyjacielem. Zwłaszcza kiedy on sam w pewnych sprawach jej po prostu nie rozumie.
    Zauważyłam pewną rzecz: mówi się, że to kobiety myślą o dalszej przyszłości; ślub, dziecko itd. A coraz bardziej mam wrażenie, że to jednak panowie chcą tego. Jeszcze słyszy się o tych friendzone'ach :P. Chyba czegoś tu nie rozumiem.
    A co do tego, że szósta pięćdziesiąt to już spóźnienie... to hm pan komendant nie lubi się chyba jasno wypowiadać. Siódma to siódma :P.
    Oni a raczej Catia, cieszy się na rozwiązywanie zagadki. A ja wciąż czekam na to, jak to się w końcu potoczy i co z tego wyjdzie: katastrofa czy ocalenie.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!