6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 5(2)

*

Gdy CC wrócili do departamentu, od razu zostali wezwani przez Coopera i Longa. 
— Przyszły analizy porównawcze odcisków palców zebranych na Forest Hill i tych z prawdziwych domów ofiar — poinformował zza biurka James. — Nie pokrywają się. Nie mamy powodu, by przypuszczać, że coś ich z tym miejscem łączyło przed śmiercią. 
Słuchając tego, Catherina spojrzała na zdjęcia przypięte do tablicy. Dziesięć z nich przedstawiało ofiary, a jedno — znajdujące się na samym środku — widok osiedla. Mimowolnie zadrżała na samo wspomnienie tego miejsca. 
— Czyli co, ktoś ich porwał, zawiózł na Forest Hill, a potem zabił? — zastanawiała się głośno. — Tylko po co? 
— Sam chciałbym to wiedzieć — dodał Long. — Nie gwałcili ofiar, nie skupiali się na żadnej konkretnej płci czy wieku. Przewertowaliśmy dane tej trójki, czyli Andie, Michaela i Sophie, i nie natrafiliśmy na żadne powiązania. Nie mają banków w tej samej filii, nie mają dzieci w podobnym wieku, nie pracują w tej samej branży, nie interesowali się podobnymi dziedzinami, nie mają wspólnych znajomych, nie płacili za jakieś podobne, niecodzienne produkty, nie wchodzili na te same strony internetowe — powiedział na jednym wdechu. — Oprócz facebooka oczywiście. Nic, co mogłoby nas naprowadzić na jakikolwiek, nawet banalny trop. Andie pisała książki, Sophie lubiła imprezować, Michael był biznesmenem... Nie mamy nic, co by ich łączyło!
— Mamy — wtrącił z kpiną Bonnet. — Wszyscy są biali, wszyscy zostali zamordowani i znalezieni na Forest Hill, w każdym domu znajdowały się książki informatyczne i okropny bałagan... 
— Skoro ofiary nie mieszkały na tym osiedlu, to brudne naczynia, książki i bałagan mogą wcale ich nie dotyczyć — przypomniała Catherina. 
— Ale kogoś jednak muszą dotyczyć — dodał Long. — Ktoś musiał tam jeść, skoro zostały brudne naczynia. Ktoś musiał tam czytać, skoro zostały książki. 
— No i właśnie dlatego potrzebny nam jest właściciel osiedla — skwitował James. 
— A co z Rainem? — zapytała Catia. — Myślicie, że naprawdę sam się zabił?
— Ja na razie nic nie myślę — dodał znudzonym tonem Cooper. — Zaczekajmy na sekcję i raport patologa. Inaczej zakopiemy się w bezsensownych domysłach i nic dobrego z tego nie wyjdzie... Powiadomiliście żonę?
— Jeszcze nie. W domu jej nie było — odparł Colin. — Co ciekawe, żadnych damskich kosmetyków i ubrań też nie. Rain mógł mieszkać gdzieś indziej, a tam po prostu być zameldowanym. To by wyjaśniało tragiczny wygląd tego domu i niewielką ilość osobistych rzeczy.
— Ustalcie jutro, gdzie mieszka jego żona, i powiadomcie o śmierci — zarządził Long.
— Spoko, a jak przesłuchanie rodziny tej trzeciej ofiary, Sophie?
Wiedział, że kapitanowie mieli tam dziś pojechać.
— Nic ciekawego. Nie miała wrogów, nikomu się nie naraziła, rodzice nie są bogaci, więc ten, kto wciągnął ją do samochodu, z pewnością nie mógł liczyć na okup...
— A może morderca poznał Andie w klubie książki, z Michaelem robił interesy, a lunche jadał w pubie, w którym pracowała Sophie... Może idźmy takim tropem? — wymyśliła nagle Catherina.
— Róbcie, jak chcecie — skwitował James, wstając z krzesła i sięgając po kurtkę wiszącą na wieszaku. — Ja nie mam zamiaru siedzieć tutaj trzynastą godzinę. Jutro też jest dzień. Poza tym muszę jeszcze przedyskutować z żoną temat nowej komody, bo mi żyć nie da. A Ervin ma pojutrze kolokwium z prawa policyjnego i obiecałem, że kilka kwestii mu wyjaśnię. Ja pierdolę, znowu się nie wyśpię...
David wybuchnął śmiechem.
— Za to ja jestem umówiony z taką jedną sztunią. Mówię ci, ale ciało...
Catherina kiwnęła Colinowi, żeby skierowali się już do wyjścia. Nie miała ochoty słuchać o seksualnych podbojach Longa. Wiedziała, że Bonnetowi również nie sprawia to żadnej przyjemności. Choć sam mógł pochwalić się dużym zainteresowaniem wśród kobiet, nie czuł potrzeby, by rozpowiadać o tym na prawo i lewo. David wręcz przeciwnie. 
— To my też kończymy — stwierdził Bonnet. — Do jutra. 
Opuścili gabinet, zjechali windą na parter i wyszli z departamentu. 
Colin najpierw odwiózł Catherinę, a dopiero potem pojechał do siebie. Gdy stał już na parkingu przy wieżowcu, w którym mieszkał, wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer do znajomego kelnera.
— No siema, co tam? — Usłyszał przez głośnik.
— Potrzebuję informacji.
— Spoko, tylko szybko, bo jestem w pracy i nie bardzo mogę gadać.
— Chodzi o tę kelnerkę od was. Alysson. Potrzebuję numer telefonu i nazwisko.
Odpowiedział mu głośny śmiech.
— No, no… Alysson bije rekordy popularności. Nie jesteś pierwszym, który o nią pyta. Salvatore. Alysson Salvatore. Ale numeru nie mam. 
— To mi wystarczy. Wielkie dzięki, jestem twoim dłużnikiem! — ucieszył się. 
— Colin, ale jest coś, o czym musisz wiedzieć...
— Tak?
— No bo chodzi o to, że ona... no... — Westchnął ciężko. — Podobno kiedyś nazywała się Wels…
Porucznik zacisnął pięści i z trudem zdusił w sobie przekleństwo. Domyślił się, do czego znajomy zmierza, ale chciał to usłyszeć.
— Co masz na myśli? — zapytał.
— Że ma męża, Colin. Nie pakuj się w to...
Porucznik podziękował kumplowi za informację, a potem rzucił telefon na siedzenie. Był wściekły, zawiedziony i miał już serdecznie dość tego dnia.
Nie zamierzał podrywać Alysson, chodzić z nią na randki czy szukać przy niej stabilizacji. Wydała mu się ciekawą osobą, łatwo nawiązali kontakt i chciał ją bliżej poznać. Po prostu zwyczajnie poznać. Co potem? Nie planował. 
Miał jednak swoje zasady — nie umawiał się z mężatkami. Nie angażował się w coś, co krzywdziłoby innych ludzi, nawet jeśli miałaby to być tylko koleżeńska znajomość. Wiedział, że takie relacje też mogą zakończyć się w różny sposób, więc wolał dmuchać na zimne. 
Wyszedł z samochodu, wszedł do mieszkania i od razu udał się pod prysznic. Lubił myśleć, gdy gorąca woda spływała mu po plecach. A dziś wyjątkowo dużo spraw nie dawało mu spokoju. 
Czuł, że zaczyna mieć dość życia, jakie do tej pory prowadził. To, co kiedyś było fundamentem jego udanych dni, teraz przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Chodził zły, bez humoru i bez chęci na nic. Nie potrafił wyznaczyć sobie jasno określonego celu i kierunku, którym powinien podążać. Ciągle się miotał, przepuszczał pieniądze na głupoty, a dni bez sensu przeciekały mu przez palce. Zauważył, że od jakiegoś czasu nie zrobił nic, co można uznać za ważne. Po powrocie z pracy oglądał telewizję, pił, szedł na imprezę albo ewentualnie na trening. I tak w kółko, aż do znudzenia. Nie chciał, żeby jego dni były aż tak monotonne. Potrzebował zmian, ale zupełnie nie wiedział, jak się za nie zabrać.
— Od jutra, Colin — powiedział, pozwalając, by ciepła woda spłynęła po jego ustach. — Od jutra zaczynasz coś ze sobą robić. 

*

… i właśnie w tym miejscu rozegrała się ta tragedia, yyy... Udało nam się ustalić, że do zdarzenia doszło dziewięć dni temu. Na razie tak naprawdę niewiele jeszcze wiadomo... Nie są znane tożsamości wszystkich ofiar, wiemy, że mogły zostać porwane i przetrzymywane. Policja nie udzieliła nam jeszcze szczegółowych informacji, yyy… podając za powód dobro śledztwa. O wszystkich ustaleniach będziemy informować państwa na bieżąco. Na żywo z Forest Hill mówiła do państwa Johanna Allen. 

James wyłączył telewizor, a komendant przeklął pod nosem.
Już od samego rana Stany obiegała wieść o odkryciu masowego morderstwa w spokojnym Silent Glade. Śledczy spodziewali się, że prędzej czy później media wywęszą sensację, ale mieli nadzieję, że stanie się to dopiero za jakiś czas.
Teraz cała piątka — Morgan, Bonnet, Cooper, Long i Martinez — siedziała w pokoju zebrań i dyskutowała o sprawie.
— No to zacznie się Wietnam… — stwierdził James.
Potem oparł się o oparcie fotela i przejechał językiem po ustach. 
— To nic nie zmienia — skomentował pewnie komendant. — Ja i rzecznik zajmiemy się mediami, a wy dalej róbcie to, co do was należy. Miałem nadzieję, że uda nam się poznać tożsamości wszystkich ofiar, zanim sprawa wyjdzie na jaw, ale trudno... Jeśli w ciągu kilku następnych dni nie uda nam się ustalić, kim są te osoby, to wspomożemy się dziennikarzami. Może te hieny wreszcie się na coś przydadzą. Ale do tego czasu macie zakaz rozmawiania z nimi. Żadnych informacji, żadnych przecieków. Zasłaniajcie się dobrem śledztwa, tajemnicą zawodową albo czymkolwiek innym. To ja decyduję, co wychodzi na światło dzienne, a co nie. Jasne?
— Jasne — potwierdził Cooper, a reszta kiwnęła tylko głowami.
— Także zbierzmy to wszystko do kupy. CC dalej szukają powiązań. Chcę wiedzieć o ofiarach wszystko, nawet to, jakim papierem podcierali sobie dupę. Long zajmie się sprawą porwania Sophie. Musimy ustalić numery samochodu, do którego ją wciągnięto. Nie wiem, czy na tej podstawie cokolwiek osiągniemy, ale trzeba próbować. Cooper sprawdza podobne sprawy tego typu. Porwania z przeszłości, tajemnicze zaginięcia... Wiadomo, o co chodzi. Macie jakieś pytania?
Pokręcili przecząco głowami. 
— Pracy jest sporo, więc do roboty. I informujcie mnie na bieżąco o nowych ustaleniach.
Wszyscy jak na zawołanie wstali z miejsc i skierowali się w stronę swoich gabinetów.
Zaraz po wejściu do środka Colin usiadł przy biurku i ułożył nogi na stercie papierów leżącej na blacie. Postanowił, że najpierw załatwi swoje osobiste sprawy, a dopiero potem zajmie się śledztwem.
Nie zamierzał poddać się bez walki. Włączył bazę danych, wpisał nazwisko Salvatore, a potem bardzo szybko stracił kontakt z rzeczywistością.
W tym czasie Catherina zrobiła dwie kawy — jedną dla siebie, drugą dla Bonneta — po czym postanowiła zająć się odszukaniem danych na temat żony Alberta Raina. Czuła się dziwnie na samą myśl o tym, że to już druga wdowa, z którą będzie musiała porozmawiać w ciągu tego tygodnia. Dziwnie jej było z faktem, że gdy ona szykowała się do ślubu, one właśnie traciły mężów. Nie rozumiała, dlaczego życie musiało być takie przewrotne.
Po wpisaniu Rain w policyjną wyszukiwarkę okazało się, że oprócz niego w Silent Glade mieszkało jeszcze trzech mężczyzn o takim nazwisku i sześć kobiet, ale żadna z tych pań nie mogła być jego żoną. Dwie już nie żyły, jedna miała piętnaście lat i przebywała w zakładzie poprawczym, a pozostałe nigdy nie wyszły za mąż i Rain było ich nazwiskiem rodowym.
Wobec tego Catherina zadzwoniła do Urzędu Miasta. Po długiej i męczącej rozmowie zdołała dowiedzieć się, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat żaden Albert Rain nie brał tam ślubu. Nie kryła zaskoczenia tą wiadomością. Sądziła, że odnalezienie wdowy nie przysporzy jej żadnych problemów, a teraz nawet tak błaha sprawa zaczynała się coraz bardziej komplikować. Spojrzała na Colina, mając nadzieję, że wpadł na pomysł, co robić dalej i zobaczyła, jak szczerzył się do telefonu i beztrosko obracał na fotelu. Odchrząknęła głośno, by zwrócić na niego swoją uwagę.
— Czy ty chociaż przez chwilę zajmowałeś się sprawą? — zapytała z wyraźnym wyrzutem.
— Spokojnie, już się za to biorę.
Odłożył telefon na biurko, spojrzał przepraszająco na przyjaciółkę i przysunął się bliżej komputera. To wcale nie sprawiło, że Catherina przestała się złościć.
— Też to zaraz pierdolnę i zacznę pisać SMS-y z Jacobem! Myślisz, że nie wolałabym tego od grzebania w życiu jakiejś baby, której nawet nie znam?!
— Dobra, wyluzuj się...
Wstała z fotela i podeszła do szafy, by wyciągnąć z niej kurtkę.
— Gdzie idziesz? — zdziwił się.
Nie odpowiedziała.
— Będziesz się teraz obrażać? — zapytał.
— Nie obrażam się. Po prostu zaczynam mieć dość twojego podejścia do niektórych spraw. Raportów nie wypełnisz, za sprawę się nie weźmiesz, za to do robienia wszystkiego, co nie trzeba, jesteś pierwszy! Przez dwadzieścia minut rozmawiałam z Urzędem Miasta, a ty nawet nie zwróciłeś na to uwagi!
Colin nie zamierzał się kłócić. Wstał z miejsca, podszedł do partnerki i złapał ją delikatnie za ramiona i spojrzał prosto w oczy.
— Przepraszam... — powiedział. — Powiesz mi, dokąd idziesz?
— Zbieraj się, to opowiem ci po drodze — warknęła, ale Colin nawet się nie poruszył. — No dalej, bo nakopię ci zaraz do dupy, pieprzony próżniaku!
Wiedział, że jest na niego zła, a mimo to nie potrafił ukryć uśmiechu. Lubił, gdy się denerwowała. Uważał, że wyglądała wtedy słodko i na swój sposób nawet pociągająco. Podobała mu się nieustępliwość Catii i to, że często tylko udawała wściekłą, żeby dać mu nauczkę.
Ubrał kurtkę, schował telefon do kieszeni i wyszedł z gabinetu. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy do jego uszu dotarł sygnał wiadomości SMS. Czuł, że ten dzień będzie o wiele lepszy niż poprzedni.

*

Po raz drugi w ciągu kilku dni pojawili się na tym osiedlu. Powoli przechadzali się wzdłuż ulicy i uważnie rozglądali dookoła. Chcieli znaleźć kogoś, kto mógłby powiedzieć im coś o zmarłym Albercie. Na pierwszy rzut oka najlepszym źródłem informacji wydawała się starsza pani, z ciekawością przypatrująca się przyjazdowi nieznajomych zza swojego ogrodzenia.
— Dzień dobry — odezwała się miło Catherina, podchodząc do ogrodzenia kobiety.
Była to niska, czarnoskóra sześćdziesięciolatka o krótkich włosach i groźnym spojrzeniu. Pokaźny dekolt odsłaniał jej ogromne piersi, a krótka spódniczka  jeszcze większe uda. Miała ciemny, wyrazisty makijaż, a w rękach trzymała grabie. Według Colina wyglądała jak przekwitnięta prostytutka usiłująca wszystkimi możliwymi sposobami napędzić sobie klientów. Catherinie przyszły na myśl podobne skojarzenia.
— Czego tu? — rzuciła nieprzyjemnie.
— Zna pani Alberta Raina? — zapytał Colin.
— Może znam, może nie znam, bo co?
— Bo grzecznie pytamy. Kiedy widziała go pani po raz ostatni? — kontynuował.
— Nie wiem. To pieprzony gbur, nie oglądam się za nim.
Odezwał się okaz subtelności — pomyślał Bonnet.
— Więc proszę sobie przypomnieć.
— No niestety, tak mnie jakoś zaćmiło nagle... Nic nie pamiętam — uśmiechnęła się ironicznie, po czym spojrzała na śledczych z wyraźną kpiną. 
 — Porozmawiamy tutaj bądź na komisariacie — zapowiedział Colin Proszę uwierzyć, że nie chciałbym ciągać pani po całym mieście tylko po to, żeby zadać kilka pytań. Naprawdę jest sens się spierać, kłócić, psuć sobie nerwy o jakiegoś pieprzonego gburaTylko kilka pytań i przestaniemy panią niepokoić.
Kobieta zamyśliła się, jednak po jej minie widać było, że zaczyna ulegać. W tej dzielnicy każdy, kto wsiadał do policyjnego radiowozu, od razu zaczynał wzbudzać podejrzenia sąsiadów. Ludzie byli wyczuleni. Uważali, że nawet najwytrwalszy kompan może wymięknąć i zacząć sypać, jeśli gliniarz podejdzie go z odpowiedniej strony. Nie zawsze wierzyli, że mieszkaniec został wezwany w błahej sprawie albo że okazał się lojalny i nic nie powiedział. Tutaj większość miała coś na sumieniu, a jeden kapuś mógł sprawnie wsypać połowę dzielnicy. Starsza pani obawiała się, że jeśli porucznicy wykonają groźbę i rzeczywiście zabiorą ją na komisariat, to będzie miała potem z tego powodu problemy. Z dwojga złego wolała porozmawiać tutaj.
— Dobra, pytajcie — rzuciła, siląc się na obojętny ton.
— Jak często Albert tu bywał?
— Jak to: jak często? — Wyglądała, jakby nie zrozumiała pytania. — Mieszkał tu, więc raczej codziennie. 
— Nie miał innego domu?
Kobieta zaniosła się śmiechem. 
— Miał, pewnie, dziesięć od razu! A może pięćdziesiąt, ciężko zliczyć! Ludzie, czy my na pewno rozmawiamy o tym samym facecie? 
Porucznicy spojrzeli na siebie z zaskoczeniem, ale nie przerywali rozmowy. 
— Kiedy widziała go pani po raz ostatni?
— Nie wiem dokładnieKilka dni temu. Przyjechał tą swoją nową furą — prychnęła z pogardą.
— Nową? — zareagowała Catherina.
— Przecież mówię, głucha jesteś? Nie wiem, skąd ten pieprzony biedak miał kasę, ale najwidoczniej miał.
— Biedak?
— Nie raz prosił mnie o pożyczki albo kasę na alkohol, a tu proszę! Przyjeżdża nagle w nowych ciuchach, w nowym samochodzie i z jakąś dziwką na przednim siedzeniu!
Śledczy spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.
— Z dziwką? A co na to jego żona?
Teraz to sąsiadka wyglądała na zaskoczoną. Przenosiła wzrok z Catheriny na Colina, po czym zaniosła się głośnym śmiechem. Przez dłuższą chwilę nie mogła się opanować, a gdy Bonnet przywołał ją do porządku, pokręciła głową z niedowierzaniem i spojrzała na nich, jakby postradali wszystkie rozumy.
— Czy wy jesteście pierdolnięci? Kto chciałby być żoną Alberta Raina? Przecież on nigdy nie miał żony! On nawet desperatki nie potrafiłby poderwać!
— Jest pani pewna? Na pewno żadna ciężarna kobieta nie kręciła się koło niego?
— Ciężarna? — Ponownie zaniosła się śmiechem. — No jeszcze lepiej! Boże, słyszysz i nie grzmisz! Zdechnę na zawał zaraz! Już czuję, jak mi pikawa świruje. No ludzie! Żeby zrobić bachora, to trzeba mieć czym, a Rain to ciota. Coś wam powiem. Domyślam się, że skoro węszycie, to znaczy, że ktoś go sprzątnął. I nie ma w tym nic, kurwa, zadziwiającego. Za szybko się dorobił, więc musiał zginąć. Pewnie zalazł komuś za skórę albo okradł niewłaściwego typa i skończył, jak skończył. Tacy jak on zawsze trafiają do piachu przy pierwszej lepszej okazji. Był ciotą, lamusem, z niczym sobie nie radził. Najwidoczniej zasłużył. Takie są prawa dżungli. A teraz żegnam państwa, nie mam czasu na takie pierdoły. 
Kobieta odeszła w głąb swojego podwórka. CC wrócili do nieoznakowanego radiowozu, gdzie Colin zajął miejsce kierowcy, a Catherina — pasażera. Oboje oparli łokcie o szyby i patrzyli przez nie w milczeniu. Chociaż mieli w głowie milion myśli, wszystkie układały się w jeden wniosek:
— Oszukał nas — odezwała się Morgan. Wiedziała, że Colin uważał tak samo, ale chciała, by te słowa padły na głos. — Od samego początku kłamał. Z zepsutym akumulatorem, z żoną, z dzieckiem... 
— Podstawili go...
Choć głos Colina brzmiał beznamiętnie, w jego głowie aż kotłowało się od emocji. Zaczynał coraz mocniej utwierdzać się w przekonaniu, że jego obawy odnośnie przyjmowania tego śledztwa były słuszne. Miał coraz gorsze przeczucia. 
Przemyślenia śledczych przerwał telefon Bonneta. Mężczyzna spojrzał na ekran i odebrał. Long
— No? 
— Wracajcie do departamentu, mamy coś ciekawego na temat Raina — poinformował kapitan.
— No to nie jesteście jedyni — prychnął. 
Potem rozłączył się, odpalił silnik i odjechał. Miał tylko nadzieję, że ten dzień nie będzie początkiem problemów. A zapowiadało się tak pięknie...



Ogromnie dziękuję wszystkim komentującym!

oraz niezastąpionym
Frixowi i Katji!

4 komentarze:

  1. No to się porobiło. Wychodzi na to, że Rain od początku wodził detektywów za nos, oszukując i udając ofiarę. Jak oni tak łatwo mogli dać się nabrać? Przecież powinni coś wyczuć intuicyjnie.

    Ciekawi mnie jaką szokującą informacje mają pozostali detektywi? Mam nadzieję, że nie dostanie się ona w łapy mediów.

    Zastanawiam się, dlaczego Colin poszukuje substytutu kobiety podobnej do Cathriny? Nie stworzy nowego związku, jeśli nie przestanie żywić głębszych uczuć do swojej partnerki.

    Czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze intuicja podpowiada dobre rozwiązania. Każdemu zdarza się coś przeoczyć albo nie skojarzyć ;) W końcu to tylko ludzie :D

      Bardzo dziękuję za komentarz i przeczytanie! ;*

      Usuń
  2. https://media.giphy.com/media/oW81XPNt9J3zO/giphy.gif
    -> moja reakcja. Tak coś czułam, że z tym gościem jest coś nie tak. No, jeszcze 1 rozdzialik mam a potem tylko płakać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha :D Bardzo dziękuję za przeczytanie! ;**

      Usuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!