6 stycznia 2017

WiZ Część I: Rozdział 1

1

PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ



 Marzec, 2014 r.
Silent Glade, stan Idaho

 Huk spowodowany serią ciosów niósł się po całym pomieszczeniu, odbijał od ścian, po czym ginął w przestrzeni, zastępowany kolejnymi, podobnymi odgłosami. Dźwięk rękawic uderzających o skórzaną tarczę tworzył nieregularny rytm, stanowiący kompozycję ciężkiej pracy, wyrzeczeń, bólu, ale też radości i dumy z uzyskiwanych wyników. 
Ta bezustanna potrzeba doszkalania się i rozwijania nabytych umiejętności towarzyszyła Catherinie Morgan, odkąd skończyła naście lat. Już wtedy zapałała gorącym uczuciem do wszelakich sportów walki. Uwielbiała ból mięśni po porządnym wysiłku i zmęczenie, przez które z trudem dochodziła do łóżka.
Jeszcze piętnaście, a może dwadzieścia, lat temu ten parterowy budynek pełnił funkcję osiedlowego sklepu warzywnego. Właścicielka dobytku — a prywatnie staruszka o sympatycznym usposobieniu — nie mogła narzekać na brak klienteli. Przy sklepiku ciągle ktoś stał. Nawet jeśli nic nie kupował — przychodził porozmawiać. Gdy starsza pani zmarła, a cały swój dobytek zostawiła w rękach jedynego wnuczka. Rosły mężczyzna nie zamierzał spędzać dni na serwowaniu ludziom warzyw, dlatego zlikwidował interes i zamienił go w klub sportów walki. Z dachu zniknął kolorowy szyld, a na jego miejscu pojawił się inny — zaciśnięte pięści zawiązane bokserskim bandażem i szeroki napis Akademia Tajskiego Boksu.
Klub na początku nie przynosił zysków, lecz z każdym rokiem zainteresowanie ludzi rosło. Pewnego dnia przyszła tam również szesnastoletnia dziewczyna imieniem Catherina. To miał być sposób na znalezienie siebie, sprawdzenie własnych możliwości i odreagowanie stresów z domu oraz szkoły. Została. Wspierała klub we wzlotach i upadkach, naganiała nowych klientów i godnie reprezentowała imię Akademii. A potem cierpiała, bo wszystko, co ma swój początek, ma też koniec. Coś się wypaliło, coś nie wyszło. Ludzie porozjeżdżali się w różne strony, trenerzy przestali być trenerami. Zostały tylko sala, wysłużona mata i stare ściany z sypiącym się tynkiem, ale dopóki budynek stał, Catherina przychodziła. Otwierała kłódkę nożem, strzepywała kurz z worka treningowego, który sama tam powiesiła, a potem biła w niego tak długo, jak tylko miała ochotę. 
Wiedziała, że właściciel budynku dawno temu wyjechał z kraju i dopóki nie wróci, to z pewnością nie oskarży jej o włam i naruszenie mienia. 
— Jesteś nieskupiona — usłyszała nagle, gdy prawy prosty po raz kolejny przedostał się przez jej gardę.
To skutecznie wyrwało ją z zamyślenia. Westchnęła ciężko, po czym opuściła ręce i spojrzała ze skruchą na sparingpartnera — jedynego człowieka, który wraz z nią regularnie włamywał się na Crows Nest.
 A był nim Colin Bonnet — zdaniem wielu kobiet szalenie przystojny, zdaniem Catii: nieziemsko irytujący, wartościowy, choć kłamliwy, stworzony do manipulowania, uzależniony od szybkich samochodów, mocnego alkoholu oraz kobiet. I z jakichś powodów szczerze przez nią ceniony.
— No to mów. O co chodzi? — zapytał, ścierając nadgarstkiem pot ze swojego czoła.
Kobieta milczała, jakby nie wiedziała, od czego zacząć.
— No słucham — ponaglił Colin.
— Nie umiem wybrać tej cholernej sukni! — wybuchnęła w końcu, po czym z rozmachem uderzyła rękami o uda.
— Jakiej znowu sukni?
— Ślubnej. Wychodzę za mąż, nie pamiętasz? — przypomniała z wyrzutem.
— Aa... — westchnął bez entuzjazmu. — No tak. Rzeczywiście. A co jest z nimi nie tak?
— Są brzydkie, a jeśli trafi się jakaś ładna, to mam do niej za małe cycki.
Colin parsknął śmiechem.
— Na pewno nie masz za małych cycków — stwierdził bez skrępowania i mimowolnie przeniósł wzrok na rashguard Catii. Trochę żałował, że koszulka nie posiadała dekoltu. Wtedy mógłby ocenić słowa kobiety bardziej obiektywnie i przy okazji nacieszyć trochę oczy.
— Najwidoczniej mam, skoro każda odstaje.
— A nie da się ich jakoś przerobić?
— Cycków? — zapytała zdziwiona.
— Nie! Sukienek.
— Wszystkie się da, tylko nie te, które mi się podobają — odparła, po czym podeszła do torby leżącej na podłodze. Wyciągnęła z niej butelkę wody i odkręciła.
— W takim razie wpisz w wyszukiwarkę: suknie ślubne dla kobiet, które uważają, że mają małe cycki. Może coś wyskoczy — zaproponował, po czym z uśmiechem wzruszył ramionami. 
Catherina prawie się zakrztusiła.
— Nie będę zamawiać sukni ślubnej przez Internet! Muszę ją przymierzyć, musi idealnie pasować, muszę ją dotknąć, obejrzeć z każdej strony... Przez Internet mogę zamówić torebkę, a nie suknię.
— Przecież ty nie nosisz torebek.
— Sukienek też nie i może dlatego mam teraz taki problem.
— Catia Morgan w sukni ślubnej — zaśmiał się. — Szczerze? Nie wyobrażam sobie tego. Przecież ty zmienisz ją na spodnie już po dwóch godzinach!
— Też się tego obawiam... — westchnęła.
Colin nie mógł pozbyć się wrażenia, że temat ślubu i wesela wcale nie cieszy przyjaciółki. Mimo to nie zamierzał na razie pytać, dlaczego.
Dobra, chodź na tarczę. Tym razem postaram się skupić — powiedziała w końcu.
— Na to liczę. 
Mężczyzna nałożył rękawice na zawiązane na dłoniach owijki, po czym spojrzał w oczy kobiety z figlarnym uśmiechem. Catherina mocniej ścisnęła tarczę, którą chwilę wcześniej podniosła z podłogi, i czekała na cios ze strony partnera. Z uwagą obserwowała, jak z precyzją oraz niemałą siłą atakuje trenerski przyrząd, jak równomiernie oddycha i zwraca uwagę na najdrobniejsze techniczne szczegóły. 
Trening zapowiadał się naprawdę obiecująco do czasu, gdy do ich uszu dobiegł znienawidzony dźwięk telefonu Colina. Mężczyzna jęknął żałośnie pod nosem i z miną cierpiętnika ściągnął rękawice. Catherina również nie wyglądała na zadowoloną. A wszystko dlatego, że doskonale wiedzieli, kto dzwonił. 
— Porucznik Bonnet — rzucił do aparatu. — Gdzie i kiedy? Okej. Nie musi szef dzwonić do Morgan. Jest ze mną, to przekażę.
 Catia stęknęła cicho i bezradnie spuściła głowę. 
— Przyjedziemy — kontynuował Colin. — Dobra, szefie, tak!
Burknął coś niezrozumiałego pod nosem, po czym z impetem rzucił telefonem do torby. 
Choć służbowy wyjazd nie leżał w ich dzisiejszych planach, nie mogli dyskutować. Komendant Martinez nie przyjmował sprzeciwu.


 Po przebraniu się w czyste ubrania, wyjściu z budynku i zatrzaśnięciu kłódki przy drzwiach porucznicy skierowali się na pobliski parking, gdzie stał samochód Bonneta.
Czarny, ponad czterdziestoletni Dodge Charger był największą miłością młodego porucznika. W opiekę nad nim wkładał całe swoje serce, a większość zarobionych pieniędzy inwestował w ulepszanie i wymianę starych części. Do pewnego czasu Catherina nie potrafiła zrozumieć, jak można aż tak wielkim uczuciem obdarzać zwykły kawałek blachy na czterech kółkach. Co więcej — regularnie się przez niego zadłużać. Nigdy nie interesowała się motoryzacją, ale gdy Colin po raz pierwszy podwiózł ją do domu, zrozumiała, że charakterystyczny dźwięk ośmiocylindrowego silnika i niebotyczna prędkość, którą osiągał w ciągu kilku sekund, potrafią uzależnić. Wsiadając do ciemnego muscle cara swojego partnera, czuła się jak gwiazda filmów wyścigowych albo dziewczyna gangstera, a nie odpowiedzialna policjantka. Wraz z biegiem czasu coraz bardziej lubiła to uczucie.
Po dwudziestu minutach stanęli wreszcie przed departamentem. Był to jeden z największych budynków w mieście. Składał się z jedenastu pięter, a one z gabinetów, łazienek, rozległego holu na każdym piętrze, nowoczesnych laboratoriów i mnóstwa technicznych pomieszczeń o różnym zastosowaniu. Z zewnątrz departament przypominał zwykły biurowiec i tylko duże, drukowane litery zamontowane na frontowej elewacji informowały o jego prawdziwym przeznaczeniu. 
Dwójka śledczych, po okazaniu odznak i przepustek oraz całym szeregu innych, standardowych czynności, dostała się wreszcie na odpowiednie piętro, na którym byli znani praktycznie każdemu.
— Komendant nas wzywał — odezwała się Catherina, po wejściu wraz z Colinem do gabinetu swojego przełożonego.
Mężczyzna nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem. W skupieniu czytał trzymaną w ręku kartkę, jakby zupełnie nie zauważył obecności poruczników. 
— Dzwoniła ta sprzątaczka ze sprawy Campbellów — przemówił po chwili. — Podobno coś sobie przypomniała i chce wam o tym opowiedzieć. Będzie tutaj za pół godziny,
Odłożył kartkę na biurko, po czym sięgnął po inna i znowu zaczął czytać. W dalszym ciągu nie spojrzał na podwładnych. Nie byli jednak zaskoczeni, gdyż tego typu zagrania stanowiły znak rozpoznawczy komendanta Martineza. Często celowo ignorował swoich pracowników, chcąc w ten sposób zasugerować, że to do niego należy decyzja, z kim rozmawia, kiedy i czy w ogóle to zrobi.
— Nie mógł nam komendant tego przekazać przez telefon? Pojechalibyśmy prosto do niej — zapytał spokojnie Bonnet. 
— Uparła się, że przyjedzie osobiście do departamentu. 
— A czemu tę informację przekazuje nam komendant, a nie inspektor dyżurny?
— Bo tak.
Porucznicy nie kontynuowali tematu i nie starali się zrozumieć jego działań. 
— Gdzie ta pani ma czekać? — zapytała Catherina.
— Piętro niżej w czterysta trzynaście. Możecie odejść.
Zgodnie z rozkazem opuścili pomieszczenie i udali się do wspólnego gabinetu. Colin od razu usiadł przy swoim biurku, po czym położył na nim nogi. Na drewnianym blacie zalegały stosy dokumentów i papierów, które porucznik powinien był już dawno wypełnić i posegregować. Problem polegał na tym, że Colin nienawidził pracy papierkowej, więc zawsze odkładał ją jak najdalej w czasie. Skutkowało to wiecznym bałaganem, nerwami komendanta i obietnicami poprawy, z których porucznik nic sobie nie robił.
— Mamy pół godziny, pomyślmy nad wszystkim jeszcze raz — zaproponowała Catherina i podeszła do dużej tablicy korkowej, wiszącej na ścianie. 
Bonnet od razu do niej dołączył, po czym oboje spojrzeli na zdjęcia dotyczące sprawy. 

 Dwa dni temu gosposia bogatego małżeństwa o nazwisku Campbell zadzwoniła na policję z informacją, że znalazła trupa. Po przyjeździe do rezydencji i rozejrzeniu się po niej technicy zobaczyli młodą, około trzydziestoletnią blondynkę leżącą na podłodze w salonie w kałuży krwi. Miała szeroko otwarte oczy i potężne rozcięcie na głowie. Obok niej stał szklany stolik, na którego krawędzi również znajdowała się krew. 
Śledczy bardzo szybko ustalili, w jaki sposób doszło do śmierci kobiety — ktoś pchnął ją tak mocno, że upadła, uderzyła o ostrą krawędź i zmarła. Dopuszczali również ewentualność, że Sophie przewróciła się sama. 
Catherina i Colin przesłuchali już wszystkich świadków, którzy do tej pory pojawili się w sprawie. Najcenniejszym źródłem informacji okazała się gosposia, która za kilkadziesiąt minut miała ponownie odwiedzić poruczników. 
Podczas pierwszej rozmowy wyjawiła, że między państwem Campbell było prawie trzydzieści lat różnicy. Żona — przed trzydziestką, mąż — grubo po pięćdziesiątce. Wśród znajomych i na spotkaniach biznesowych udawali kochające się małżeństwo, a w zaciszu domowym często dochodziło między nimi do głośnych kłótni i sporów. Gosposia nie miała wątpliwości, że ich pseudo-uczucie opierało się tylko na pieniądzach Georga Campbella i zgrabnym ciele jego żony. Zdradziła również, że podejrzewa Sophie o romans, gdyż kilka razy podsłuchała jej dziwne rozmowy telefoniczne. 
Ponadto zeznała, że czwartego marca około godziny dziesiątej — czyli w chwili śmierci ofiary — nie było jej w rezydencji. Tego dnia zaczynała pracę dopiero o pierwszej po południu. Pan Campbell wyjechał, a pani Campbell miała mieć gości i nie chciała, by ktoś im przeszkadzał. Gosposia była przekonana, że chodziło o kochanka, ale śledczy nie mieli na to żadnych dowodów.
Przesłuchanie Georga Campbella nie wniosło do sprawy nowych tropów. Mężczyzna wyznał, że dzień przed śmiercią żony wyjechał do Chicago w sprawach biznesowych i wrócił dopiero dzień po znalezieniu zwłok. Pokazał bilety, jego twarz uchwyciły kamery na lotnisku, a obecność w stanie Illinois potwierdziło kilka osób. Przyznał, że nie układało mu się ostatnio z Sophie, ale pragnął to zmienić, bo naprawdę mocno ją kochał. Śledczy zapewnili, że rozumieją, złożyli kondolencje i wypuścili wdowca do domu. 
Oprócz tych dwóch osób, Catherina i Colin przesłuchali jeszcze ogrodnika, który nie znał odpowiedzi na prawie żadne z zadanych pytań odnośnie życia osobistego swojego szefostwa oraz znajomych zmarłej. Oni również nie powiedzieli nic interesującego.
Zastanawiający był jednak fakt, że nikt nie potrafił określić, skąd Sophie pochodziła. Ani mąż, ani przyjaciele nie znali jej rodziny i nie wiedzieli, gdzie mieszkała, zanim wyszła za Georga. 

— Jeśli wersja z kochankiem jest prawdziwa, to George mógł mieć już serdecznie dość doprawiania mu rogów — zaczęła Catherina, uparcie wpatrując się w zdjęcia i nazwiska wypisane na tablicy. — On płaci za zachcianki żony, zapewnia jej byt na bardzo wysokim poziomie, może nawet naprawdę kocha, a ona sypia z innym. Może czara goryczy się przelała, facet miał dość i postanowił ją wyrzucić ze swojego życia? Bojąc się, że straci część kasy, zdecydował się na zabójstwo...
— Tylko że George tego nie zrobił, skoro był tysiąc pięćset mil od Silent Glade — zauważył Colin. — A na to mamy dowody. Kamery, bilety, zeznania jego współpracowników. Nie podważysz tego.
— Jaki to dla niego problem wynająć kogoś od brudnej roboty? On wyjeżdża, ma alibi i czyste ręce, a ktoś cichutko wykonuje za niego całe zadanie. Myślisz, że którykolwiek z bogatych mężów zabiłby swoją żonę samodzielnie? Za duże ryzyko!
— Uważasz zatem, że płatny morderca wszedłby do domu swojej ofiary, a potem wykonał zlecenie poprzez pchnięcie jej na stolik, tak? — zapytał z powątpiewaniem, po czym wyminął Catherinę i znowu usiadł przy biurku. Ręce skrzyżował ściśle przy ciele, a nogi wyłożył wygodnie na stosie papierów. — Od kiedy płatni zabójcy charakteryzują się takimi metodami działania?
Porucznik Morgan zamilkła i dopiero po chwili odwróciła się w kierunku partnera. Widziała błysk w jego oczach i szeroki uśmiech, które w tej sytuacji mogły oznaczać tylko jedno — nieodpartą dumę z poddania pod wątpliwość jej teorii.
— Szach mat, kotku — stwierdził, po czym posłał Catherinie całusa na odległość.
— Gówno, a nie szach mat — oburzyła się i usiadła przy swoim biurku. 
Na nim — w przeciwieństwie do królestwa Bonneta — nie zalegały żadne papiery. 
— Może zaczęli się szarpać i Sophie upadła przypadkiem?
— Morderca na zlecenie przychodzi do domu swojej przyszłej ofiary i zabija ją przez przypadek. Powiem ci, że to by było dobre! — Colin wyglądał na szczerze rozbawionego.
— Dobra, nieważne. A ta gosposia?
— Co: gosposia?
— Sophie była żoną Georga od trzech lat. Gosposia… jak ona się nazywała?
— Annie Bowl, jak możesz nie wiedzieć? W ogóle nie przykładasz się do śledztwa…! — zganiła, kręcąc głową.
— No więc Annie Bowl pracowała u Campbella długo przed pojawieniem się Sophie — kontynuował, nie reagując na przytyk. — Może panie nie przypadły sobie do gustu albo miały jakieś zatargi. Może Sophie źle traktowała gosposię i ta w końcu postanowiła się zemścić? Może gosposia wygadała się w złości, że wie o zdradach, Sophie się zdenerwowała, wywiązała się awantura i Annie niechcący pchnęła swoją pracodawczynię? Ta nieszczęśliwie upadła i tragedia gotowa. A teraz Annie angażuje się w śledztwo i przychodzi do nas z własnej woli, bo chce odsunąć od siebie podejrzenia. 
— To ma sens… — przyznała Catherina. — Za pierwszym razem zeznała, że nie było jej w rezydencji w momencie popełnienia przestępstwa, ale nie ma na to żadnych świadków. Mogło jej rzeczywiście nie być, ale mogła też być… O domniemanym kochanku też wiemy tylko od niej. Ciekawe, co powie nam tym razem.
Colin nie zdążył odpowiedzieć, bo w gabinecie rozległ się dźwięk telefonu stacjonarnego, leżącego na jego biurku. Mężczyzna odebrał, wymienił kilka słów z rozmówcą, po czym odłożył słuchawkę.
— Annie Bowl już na nas czeka. 


Mam nadzieję, że choć trochę zaciekawiłam! ;) Ściskam i dziękuję za przeczytanie ;*

Gorące podziękowania dla
Frixa i Katji!

19 komentarzy:

  1. Wpadłam zachęcona przez twój wpis u mnie na blogu i przyznam, że się troszeczkę pogubiłam na twoim blogu. Bardzo dużo tu zamieszania z nowymi poprawionymi rozdziałami, kontynuacją opowiadania z poprzedniego miejsca i przenosinami. Zanim wpadłam na prolog i pierwszy rozdział, przeczytałam masę innych postów, które tu opublikowałaś. Jak dla mnie mieszanie początkowych rozdziałów opowiadania z dalszymi, będącymi nowymi rozdziałami do nie poprawionej wersji z innego bloga, może sprawić nowemu czytelnikowi takiemu jak ja nieco kłopotu. Ale zostawmy kwestie estetyczne za sobą i przejdę do opowiadania tj. prologu i rozdziału pierwszego.

    Bardzo podoba mi się twój styl pisania. Jest przemyślany i na pewno niejednokrotnie sprawdzony. Rzadko to spotykane na blogach. Opowiadanie wciąga już na samym początku. Historia powstającego z wojny żołnierza do żony, której potencjalnie może grozić niebezpieczeństwo naprawdę może zaciekawić. I cieszę się, że jego rodzinie nic się nie stało, gdy on wracał samolotem.

    W rozdziale pierwszym przeskakujemy pięć lat dalej i poznajemy dość sympatycznych podporuczników, którzy prowadzą dochodzenie w sprawie śmierci żony bogatego typa. Wybranie takiej ofiary jest dość oklepane, ale udało ci się. Ofiara jest nieznanego pochodzenia i wychodzi na tą chwilę, że pojawiła się znikąd. Zaintrygowałaś mnie i zostanę tutaj choćby po to, aby dowiedzieć się kto zabił tą kobietę.

    Powodzenia w poprawianiu rozdziałów. Będę na nie czekać z niecierpliwością.

    Pozdrawiam z lenaskolowska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdaję sobie sprawę, że na razie to wszystko jest nieco zagmatwane, ale mam nadzieję, że ta sytuacja się jak najszybciej się rozwiąże. Po prostu nastał taki czas, że nie byłam w stanie pisać nowych rozdziałów, mając gdzieś z tyłu głowy, że te stare pasowałoby poprawić. No i stąd to zamieszanie. Pracuję nad tym ;)

      Bardzo się cieszę, że chcesz ze mną zostać! ;) Mam nadzieję, że uda mi się Cie zaskoczyć;)

      Bardzo dziękuję za komentarz! ;*

      Usuń
  2. To tak:
    1) Cholernie przyjemnie się czytało
    2) To jest mój klimat
    3) Podoba mi się
    4) Świetnie piszesz.
    Tak w skrócie dodaję komentarz, ale całkowicie od serca, bo bardzo mi się podobało. Trochę przypomina mi książkę, którą ostatnio czytałam. "Jeden fałszywy trop" Cobena, czytałaś może?
    Weny, czasu i sprawnego kompa ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam, ale uwielbiam Cobena, więc prędzej czy później pewnie przeczytam:D
      Bardzo się cieszę, że się podobało ;*

      Usuń
  3. Dzień dobry.

    Zanim wezmę się wreszcie i napiszę normalnie, co mi się w tamtej wersji nie podobało, myślę, że chociaż w takich komentarzach coś Ci podpowiem. No wiesz, zauważę w trakcie, co się poprawiło, jak mi się przypomni, i w ogóle.
    CO do Twojej rozmowy wyżej... nic Cobena jeszcze nie czytałam, ale mam w planach, choć ogarniają mnie dziwne wątpliwości, że się zawiodę. W sumie nie wiem dlaczego... Dobre opinie? Ale i często skrajne? Może czasem lepiej nie czytać tylu recenzji, tylko od razu się za coś zabrać.
    Nie lubię takich eskpozycji... suche przedstawienie kto, co, jak, dlaczego i od kiedy. Ale to pierwszy rozdział, wprowadzenie, przedstawienie bohaterki, więc wybaczam, heh. Trudno byłoby to zrobić inaczej, zgrabnie wpleść informacje.
    Może to źle, że gdy czytam o Colinie, myślę o zakończeniu księgi... aż się smutno człowiekowi robi. Ale to komplement dla Ciebie. Powinnaś się cieszyć, że, mimo jakichś braków w kreacji postaci, sprawiłaś, że wielu z nas się przywiązało do głównych bohaterów.
    Ale to bym na Twoim miejscu usunęła: Mężczyzna nieszablonowy, kryjący prawdziwego siebie za wieloma różnymi maskami. Wartościowy, choć kłamliwy. Zbudowany ze sprzeczności, stworzony do manipulowania.
    Pozwól czytelnikom wyciągać wnioski. Niech sami domyślą się, dlaczego Colin tak postępuje, co sprawia, że jest mimo wszystko wartościowy, co daje mu uciekanie w sprzeczności.
    Może pamiętasz, co pisałam w ocenie o relacji Cat i Jacoba. Mam nadzieję, że trochę o tym pomyślałaś i wreszcie poczuję ich związek, że stanie się on dla mnie wiarygodny, uczucia autentyczne.
    Fajny kontrast wyszedł. Twarda Cat uderzająca w worek z powodu sukni ślubnej.
    Na pewno jest lepiej z interpunkcją, ale cieszę się, że masz betę, bo jednak gdzieniegdzie dostrzegam zjedzone kreseczki.
    Twoje opisy są naprawdę dobre, plastyczne, teoretycznie do mnie trafiają... ale wolałabym sama domyśleć się, że autko to wielka miłość Colina. Więcej frajdy, prawdziwości, zabawy słowami.
    Chyba wszystko, co miałabym do powiedzenia, napisałam teraz lub kiedyś. Cieszy mnie iście kryminalny początek, bo to moja bajka... postapokaliptyka częściowo też, ale sensacja bardzo, bardzo nie. No wiesz, jak to jest. Na pewno na świecie są dobrze nakręcone, przemyślane, bogate w przeżycia westerny, ale ja i tak każdego z nich bym znienawidziła, bo ten gatunek... no bywa, nie wszystko dla każdego.
    Miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten rozdział jeszcze nie był zbetowany, więc myślę, że za jakiś czas brakujące kreseczki pojawia się na swoim miejscu ;)

      Co do opisu Colina, lubię to zdanie, więc je zostawię. Poza tym uważam, że niektóre rzeczy można z góry czytelnikowi powiedzieć. W rozsądnych ilościach, w końcu jakoś musi tego bohatera poznać. Ale w większości będę się starać to jednak pokazywać, nie opisywać. Więc mam nadzieję, że to, co teraz po prostu rzuciłam, niedługo poprę też argumentami.

      A co do wątku kryminalnego... Przedstawiłam go sucho, bo to jest tylko wprowadzenie. On nie ma tu żadnego znaczenia, więc nie chciałam sie o nim za bardzo rozpisywać. Na pewno więcej informacji będzie o tej głównej, najważniejszej zbrodni. Tam sobie ulżę z opisami ;D

      Hah, westerny xD Westernów nie znoszę. Ale filmy sensacyjne lubię. Chociaż nie wiem czy moje opowiadanie można nazwać sensacyjnym... Chyba bardziej przygodowe, bo sensacyjnych momentów jednak nie będzie jakoś bardzo dużo.

      Bardzo dziękuję za komentarz ;)

      Usuń
  4. Wziąłem cię, że tak powiem, na słuchawki. Wiem, że to nie jest najlepszy sposób czytania, ale myślę, że w fabule się nie pogubię, skoro niewiele ją zmieniłaś (właściwie wcale, tak?). Chcę jednak sprawdzić jak mają się postacie, ich charaktery. Poza tym znalazłem lepszego lektora i tak naprawdę, to fajnie ćwiczy się na siłowni, słuchając opowiadania. Czas szybciej leci :)
    W tym rozdziale niewiele się chyba zmieniło. Więc od siebie powiem jedynie tyle, że coś w tym jest, że w niektórych sytuacjach czujemy się jak nie my, jakbyśmy byli kimś innym, odgrywali jakąś rolę. Taka sprawa ma się zarówno podczas wsiadania Cath do samochodu Colina, gdy bardziej czuła się jak panienka gangstera, niż przyjaciółka kolegi z prac oraz przy sukni ślubnej, gdzie trzeba wbić się w jakieś z góry narzucone ramy, spełnić cudze oczekiwania.
    Uśmiałem się przy poprawianiu cycków xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym "wcale" to do końca jeszcze nie wiem. Na pewno główna fabuła pozostanie bez zmian (żeby nikt się nie pogubił), ale takie poboczne wątki mogą ulec zmianie. Ale jeszcze nie wiem, co, jak i gdzie. Wszystko wyjdzie w trakcie ;D

      W sumie to Cię podziwiam, bo ja bym się nie umiała skupić na opowiadaniu i równocześnie ćwiczyć. No chyba, że jakieś mało wymagające ćwiczenia, wtedy może...

      W tym rozdziale zmieniła się sprawa. Kiedyś były kradzieże w metrze, teraz jest śmierć bogaczki. Ale to w sumie nie jest tu bardzo istotne. Najważniejsza jest relacja C&C i wprowadzenie w historię, a to nie uległo zmianie;)

      Dziękuję za ponowne przeczytanie i komentarz i przyznam szczerze, że się tego nie spodziewałam ;)

      Usuń
    2. Bieżnia nie jest szczególnie wymagająca ;-)
      Nawet jakbym chciał przeczytać coś innego to nie było co. Wszystko to ff HP i jakaś fantastyka (szukałem). Ewentualnie trafiłem na opowiadania co mają tylko prolog czy pierwszy rozdział i od dłuższego czasu stoją. Tak więc wybór miałem mocno ograniczony.

      Usuń
    3. Tylko to nie tak, że nie chciałem cię przeczytać, ale chciałem tu wpaść jak będzie z 10-20 rozdziałów. Ja wolę czytać takimi blokami, czytając po jednym rozdziale, gdy aktualizacja jest rzadko, co miesiąc lub dalej, to ja gubię się w fabule lub jej nie czuję.

      Usuń
    4. W sumie dobrze, że napisałeś ten drugi komentarz, bo nie wiedziałabym jak odebrać to "nawet jakbym chciał przeczytać coś innego to nie było co" xD
      Ja też wolę czytać blokami. Ciężko wczuć się w coś, co czyta się raz na miesiąc albo rzadziej;/

      Usuń
  5. Witaj :3

    Zwrócę na to uwagę teraz, bo zaraz — znając mnie — zapomnę. Z bloga o bohaterach przycisk „wróć na stronę główną” przenosi na starego bloga :)

    Ajajaj, gdzie się podziało justowanie?!

    „Muszę ją przymierzyć, musi idealnie pasować, muszę ją dotknąć, obejrzeć z każdej strony...” — Powinno być jej dotknąć , gdyż chodzi o kontakt fizyczny. Więcej o tym masz tutaj.

    „ A był nim Colin Bonnet — zdaniem wielu kobiet szalenie przystojny, zdaniem Catii: nieziemsko irytujący, wartościowy, choć kłamliwy, stworzony do manipulowania, uzależniony od szybkich samochodów, mocnego alkoholu oraz kobiet. I z jakichś powodów szczerze przez nią ceniony.” — a sama ganiłaś mnie za podawanie wszystkiego na tacy i brak przykładów :P

    „— Dzwoniła ta sprzątaczka ze sprawy Campbelów […]”— zgubiłaś jedno „l”.

    „Podczas pierwszej rozmowy wyjawiła, że między panią i panem Campbellem było prawie trzydzieści lat różnicy.” — choć wiadomo, o co chodzi, zdanie to sugeruje, że chodzi o pana Campbella, a owa „pani” pozostaje incognito. W zdaniu […] wyjawiła, że między państwem Campbell było prawie trzydzieści lat różnicy wszystko jest jasne.

    „Pana Campbell wyjechał” — pan.

    „Przesłuchanie Georga Campbella — męża — nie wniosło do sprawy nowych tropów.” — nie sądzisz, że to wtrącenie jest tu zbędne? Już wcześniej zaznaczyłaś ten fakt, więc po co się powtarzać?

    Wyjaśnianie sprawy Sophie Campbell oddzieliłaś enterem. Zrób to również na końcu. Detal, ale dość istotny. Miałam wrażenie, że dialog między Colinem i Catią dzieje się jeszcze, gdy narrator opowiada o śledztwie >.<

    No, morderstwo jest ciekawsze niż ataki w metrze, więc tutaj plus. Z drugiej strony, w jakimś komentarzu napisałaś (nie pamiętam za cholerę pod jakim postem), że wątek z Campbellami będzie takim dość mało istotnym wstępem — czego w sumie można się domyślić. I tutaj ode mnie wielgachny minus. Jeśli potrzebujesz zapychacza, zostań przy atakach, bo na pewno morderstwo na niego nie pasuje. Wybacz za taką reakcję z mojej strony, ale... No we, Ruda, tak się nie robi. Obawiam się, że możesz to zmarnować, a często tak się dzieje przy — że tak to ujmę — „przejściówkach”.

    Ogółem jednak sprawa zapowiada się bardzo interesująco. Gdybym była nowym czytelnikiem, totalnie bym to kupiła i skoczyła za Tobą w kryminalny świat (zrobiłam to przy Forest Hill, ale to zupełnie inna kwestia). Mam ogromną nadzieję, że wykorzystasz potencjał tej sprawy, bo jak nie, to normalnie znajdę Cię i Ci nakopię!

    No, to chyba tyle. Rozdział jest dobry, więc moje zdanie na jego temat się nie zmieniło.

    Życzę mnóstwa weny i pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się wtrącę ;)

      „Muszę ją przymierzyć, musi idealnie pasować, muszę ją dotknąć, obejrzeć z każdej strony...” — Powinno być jej dotknąć , gdyż chodzi o kontakt fizyczny.
      Nie wydaję Ci się, że Catherine jako policjantka nie ma obowiązku wyrażać się jak osoba po polonistyce? Moim zdaniem takie błędy jak "Podaj tą książkę" czy właśnie "Muszę ją dotknąć", ewentualnie "poszliśmy" gdy chodzi o kilak kobiet, dodaje smaczku, dodaje opowiadaniu realności, a bohaterowi autentyczności, ludzkości. Czy w twoim otoczeniu, Black Heart, wszyscy zawsze mówią poprawnie, jakby byli doktorantami?
      W moim tak nie mówią, dlatego, gdybym to ja był autorem tego opowiadania, to akurat wypowiedzi Cath bym nie zmieniał, zwłaszcza, że ona rozmawiała z kolegą, kumplem z pracy, przyjacielem, więc rozmowa była prowadzona na luzie. Nie było to przecież jakieś publiczne wystąpienie przed całą komendą, do którego by się przygotowywała.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Oczywiście, w pełni się z Tobą zgadzam. Jestem wręcz przeciwnikiem tego, by bohaterowie wypowiadali się podręcznikowo, a błąd wypisałam, gdyż jest on bardzo często popełniany i autor sam może nie być go świadomy. A jeśli błąd był celowy, to zwracam honor :)

      Usuń
    3. O, to muszę wpaść na bohaterów i to zmienić. W sumie nawet o tym nie pomyślałam :D

      U mnie cały tekst jest wyjustowany...

      Tego ją/jej w tekście o sukni nie było moim celowym błędem. Po prostu tak napisałam i nawet nie wiedziałam, że powinno być "jej" ;P Także dobrze, że to wytknęłaś, bo poczytam na ten temat, ale nie poprawię tego w tekście. Bo zgadzam się z tym, że bohaterowie nie muszą (a nawet nie powinni) mówić bezbłędnie. Także błąd zostaje, ale autorka się doinformuje :D

      Co do podawania na tacy i brak przykładów - przedstawiłam tutaj pogląd Catheriny. Nie napisałam, że "Colin jest irytujący" tylko "Zdaniem Catheriny Colin jest irytujący". Myślę, że nie muszę pokazywać (przynajmniej w tym momencie), dlaczego Catia tak sądzi. Po prostu sądzi, a jeśli będę chciała, żeby czytelnik ją poparł, to napiszę fragment, w którym Colin zachowuje się irytująco.

      Raczej nie wykorzystam potencjału tej sprawy... Ale z drugiej strony nie zamierzam też jej szybko skończyć. Sprawa z tymi atakami w metrze nauczyła mnie jednego - szybkie podanie faktów i szybkie zakończenie niszczy śledztwo i jest mało wiarygodne. Dlatego tutaj zakończę to w inny sposób. Ale nie będę mówić nic więcej, bo nie chcę zaspilerować :D

      Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz ;*

      Usuń
  6. Witam! To znowu ja, marianka, tylko gdzieś po drodze zgubiłam poprzednią nazwę :D
    Tacy niby stróże prawa, a włamać się włamali. Chociaż, skoro dla Catheriny to miejsce było jak drugi dom, to nie nazwałabym tego włamaniem.
    Jest i Colin! <3 Tęskniłam za nim i to naprawdę bardzo, a jeszcze bardziej tęskniłam za ich przekomarzaniem się! Boże, jak to się cudownie czyta. Przede wszystkim dlatego, że to początek i są jeszcze tacy beztroscy, nie mają pojęcia, jak będzie wyglądała ich przyszłość… I dlatego tak bardzo doceniam te pierwsze rozdziały. Niby nic się nie dzieje. Głowa akcja jeszcze przed nami, ale w żadnym wypadku nie jest nudno.
    Sprawa Sophii Campbell wydaje się nie być w żaden sposób powiązana z późniejszą akcją, ale może się mylę? Chyba zacznę sobie robić notatki, żebym pamiętała, na co mam zwrócić uwagę w dalszych rozdziałach, to mi znacznie ułatwi życie XD
    I gosposia? Być może było tak, jak zasugerował Colin, że nie przypadły sobie z Sophią do gustu i skończyło się to w taki sposób. Ale naoglądałam się zbyt dużo seriali i przeczytałam zbyt dużo książek i mam wrażenie, być może mylne, że Annie Bowl miała inny motyw. Że podkochiwała się w Campbellu, w końcu Bonnet zwrócił uwagę na to, że Annie pracowała dla Georga od dłuższego czasu, a on sobie przygruchał młodą żonkę, która faktycznie mogła go zdradzać…
    To lecę do następnego! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że napisałaś kim jesteś, bo widząc sam nick miałam mały mętlik w głowie :D Ale nie ważne. Jeszcze raz dziękuję, że postanowiłaś czytać od nowa i że mnie odwiedziłaś <3

      Nie zawsze stróże prawa sami tego prawa przestrzegają i chciałam tym fragmencikiem to pokazać. Niby tacy zakochani w pracy, a tu proszę - regularni włamywacze :D
      Nawet nie wiesz jak się cieszę, że podobają Ci się fragmenty z CC <3 Uwielbiam ich tworzyć i świetnie mi z myślą, że komuś też to przypadło do gustu ;-)

      Bardzo ciekawa teoria z tą zakochaną Annie! Rzeczywiście miałoby to sens...

      Bardzo dziękuję za komentarz! ;*

      Usuń
  7. Oczywiście, że zainteresowałaś :D Jejku! Tyle czasu mnie nie było i po przeczuwaniu tego rozdziału zdałam sobie sprawę, że stęskniłam się za Colinem i Cath. Naprawdę! Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo :P Nie ma nic lepszego, niż mieć pasje. Ja ostatnio doszłam do wniosku, że jedyne co robię z chęcią to leżę i odpoczywam :D Ale tak naprawdę po pracy nie zawsze ma się chęć na coś innego :P Dlatego podziwiam takich ludzi jak C&C zwłaszcza, że ich pasją są treningi mocno dające w kość :D Powiem Ci, że padłam czytając fragment o sukniach ślubnych! Sama uwielbiam je oglądać i mam już swój wymarzony typ, ale zakładam, że jak przyjdzie co do czego to też będę miała problem z wyborem :D
    Te ich docinki są świetne. Tak naprawdę to nie wiem co mam myśleć o całej sprawie z zabójstwem. Ciekawa jestem, jakie nowe informacje ma Bowl i czy to faktycznie nie ona za tym stoi…? Może coś wniesie nowego do śledztwa, bo jak na razie opornie im to idzie :D

    "Odłożył kartkę na biurko, po czym sięgnął po inna i znowu zaczął czytać" -> inną
    (nie wiem czy ktoś już o tym pisał, bo to bardzo malutka literówka :))

    Lecę dalej :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha każda pasja jest dobra;D Ale powiem Ci, że też mam ostatnio lenia :< Starość nas chyba dopada ;D
      Wybór sukni slubnej też jeszcze przede mną, ale też mi się wydaje, że będę mieć wtedy problem. Teraz to się łatwe wydaje, ale weź stań w sklepie. Mnóstwo różnych, każda na swój sposób ładna i weź wybieraj ;D

      Dziękuję za komentarz i wyłapanie literówki! ;*

      Usuń

Nie toleruję spamu pod rozdziałami! Bez względu na to czy jesteś autorką opowiadania, ocenialni, szabloniarni... ze spamem idź do spamu!